1000. Key West – koniec Ameryki

1000 dzień wyprawy

Nie ma to tamto. Dziś tysiąc dni w podróży, icząc od dnia, kiedy wyruszyliśmy z Polski samolotem do Veracruz, z przerwą w Maladze i Madrycie i w Cancun. A teraz, po półrocznym pobycie w Usa, w tym ALasa, potem Meksyk w Rosarito, potem Havaje, Japonia znowu Rosarito i Playas de tijuana, potem znowu 5 miesięcy w USA… Taka to podróż, której tysieczny dzień mija dzisiaj. Aż się wierzyć nie chce. Nie wspominając oczywiscie o poprrzednich, także stosunkowo długich podróżach.. Ech… Czujemy, że żyjemy pełnią życia, choć cęsto nie jest łatwo.

wschód słońca na naszym campingu

Dzisiejsza noc na przykład to ogromny dramat. po pierwsze gorąco. Luis jest jak puszka bez klimy i otwartych okien. Nie dość że gorąco to jeszcze zaduch bo okna zamkniete. Okna zamknięte bo te qrewskie muszki wlatują i gryzą jesteśmy cali pogryzieni.

Ale skoro tysięczny dzień to jedziemy najpierw zobaczyć mot sevven miles.

Most Seven Mile Bridge to jedna z tych konstrukcji, która wygląda, jakby ktoś postawił ją tylko po to, by sprawdzić, czy człowiekowi wolno tak igrać z przyrodą. Siedem mil betonu i asfaltu biegnie prosto przez turkusową wodę, jak kreska narysowana zbyt pewną ręką. Po jednej stronie lśni Zatoka Meksykańska, po drugiej Ocean Atlantycki, a kierowca jedzie i jedzie, czując się jak bohater filmu katastroficznego, ale w wersji z widokami pocztówkowymi.

Dzisiejszy most, nowoczesny i solidny, ma swojego starszego brata – dawny „Old Seven”. Ten staruszek, wycofany z ruchu, wciąż stoi obok jak emeryt opowiadający historie ze swojej młodości. To resztka XIX-wiecznego marzenia Henry’ego Flaglera o kolejowej drodze na koniec świata. Kiedy powstał, wyglądał jak zwycięstwo człowieka nad naturą. Kiedy huragany go nadgryzły, przypomniał, że natura zawsze ma ostatnie słowo.

Dziś nowy most nie przewozi marzeń o kolei, tylko samochody, rowery i ludzi, którzy ciągle kręcą głowami: „Jak to możliwe, że tę drogę zbudowano tutaj?”. A woda pod spodem mruga jakby mówiła: „Spokojnie, na razie pozwalam”.

W południe trochę idziemy się pomoczyć na basenie na naszym kampingu

Po południu ruszamy znowu na Key West. Nie zamierzamy odpuścić. Początkowo chcieliśmy zjeść coś dobrego, by uczcić tysięczny dzień w podróży, a finalnie wylądowaliśmy na pizzy. trochę przesuszonej niestety.. Ale za to lody jakie znaleźliśmy wczoraj dziś ponowiliśmy. A co. I powiem, że Cuban coffee po prostu epicki smak… jeśli chodi o lody, oczywiście. Późnym wieczorem wracamy na kamping na KeyPine. Gdyby nie te muszki…

23.11.2025

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.