Argentyna – osiemdziesiąty drugi dzień wyprawy

Rankiem budzi nas spokój. Wiatr ucichł, jest w miarę spokojne. Rześko. Jakieś paręnaście minut po przebudzeniu czekamy na słońce, aż się wychyli zza skał. I już jest cieplej. Ale nie na tyle, by zrezygnować z małego ogniska.W miejscu gdzie rozbiliśmy namiot jest trochę drzewa, jakaś stara paleta, więc korzystamy z tego i za chwilę już grzejemy się przy ognisku.

Argentyna – osiemdziesiąty pierwszy dzień wyprawy

Wstajemy. Przez pół ranka zastanawiamy się co robić. Jechać, czy zostać. W końcu po jajecznicy na śniadanie, dojrzewamy do decyzji. Jedziemy. Nuda w tym mieście i tyle. Tyle tylko, że parking darmowy. Ale Internetu nie mamy już chyba piąty dzień, więc decydujemy się na przejechanie kolejnych kilometrów.Jeszcze tradycyjnie podjeżdżamy na stację benzynową, tankujemy do pełna, plus 20 litrów zapasu do kanisterków.

Argentyna – siedemdziesiąty dziewiąty dzień wyprawy

Nie chce się wstawać. Rano budzimy się oczywiście z pełnym pęcherzem, a do toalet daleko mamy, bo tak się rozbiliśmy z namiotem. Daleko. A tu nie dość, że trzeba wstać, to jeszcze trzeba się pakować i trzeba jechać. Niby nie trzeba, można by jeszcze jeden dzień zostać, ale z drugiej strony, woła nas El Chalten i Fitz Roy – kolejne punkty naszej wyprawy.