Argentyna – sto siedemdziesiąty trzeci dzień wyprawy

SONY DSC

Ryzyko to jest coś co warto czasem podjąć. Wczoraj przeanalizowaliśmy wszelakie prognozy pogody. I rano, pomimo zachmurzonego nieba, zdecydowaliśmy się jechać dalej. Mieliśmy w planie dojechać do Apostoles.Pakowaliśmy się patrząc co chwila przez okno, czy aby na pewno nie pada, ale rozpadało się dopiero, kiedy wyjeżdżaliśmy z garażu przy hotelu, w którym spędziliśmy noc. I też nie mogliśmy mówić że pada, bo na początku ledwie siąpił delikatny kapuśniaczek. Zatankowaliśmy i drogą nr 14 ruszyliśmy na północ. Ryzyko czasem się opłaca. A czasem nie. Deszcz nie przeszedł ani na chwilę, przejechaliśmy przez La Cruz, potem przez Alvear, nie było co prawda ściany deszczu, ale opady spowodowały, że nasze ubranie było całkiem mokre. Na dodatek przez człą drogę była dosyć gęsta mgła, a spory ruch ciężarówek też nie ułatwiał nam jazdy. W Santo Tome zatankowaliśmy i już mieliśmy zamiar dojechać do Apostoles kiedy, niestety przemokła moja kurtka, a ściekająca po bokach kasku woda ciurkiem wleciała pod koszulkę. Tego było za wiele. Zarządziłam nocleg w najbliższej wiosce. Dojechaliśmy do Gobernador Virasoro. Ciekawa rzecz, wujek Google w ogóle nie uwzględnia tej wioski na mapie. W wiosce – miasteczku są jednak trzy hotele i wybraliśmy jeden, który miał zadaszony parking.

mokre ciuchy się suszą

mokre ciuchy się suszą

Rozwiesiliśmy w pokoju na linkach wszystkie mokre ciuchy. Ciekawe, czy jutro da się wyruszyć, czy będziemy czekać, aż wszystko wyschnie.

Morał z tego jest taki, że jeśli jest 90% szans na deszcz, to lepiej sobie odpuścić i przeczekać.  Tym bardziej w takiej sytuacji jak nasza, przecież nigdzie nam się nie spieszy właściwie. Nie będę więcej chojrakować …

Wieczorem wykorzystujemy jeszcze czas na wymianę klocków hamulcowych w jednym motorze, bo już ich praktycznie nie było. Przy okazji odpowietrzamy hamulec, bo „się zapadł”.

SONY DSC

Napisz do nas
Facebook
YouTube