Argentyna – sto siedemdziesiąty szósty dzień wyprawy

SONY DSC

Dziś wielki dzień . Jedziemy do głównego punktu naszej wyprawy. Jednego z kilku, ale na pewno do najważniejszego. Wodospady Iguazu. Ósmy cud świata.

Wstaliśmy rano, dostaliśmy śniadanie u Mabel i poszliśmy w stronę przystanku autobusowego. Przy nim mieścił się też postój taksówek i podszedł do nas jeden z nich. Ustaliliśmy cenę i nie czekaliśmy już na autobus. Podjechaliśmy pod bramę parku Iguazu. Z miasteczka to trochę ponad 15 km. Nie chcieliśmy jechać motorami, żeby nie chodzić po parku w motocyklowych ciuchach. Dużo kilometrów do łażenia, więc byłoby nam niezbyt wygodnie.

SONY DSC

ciężkim sercem zapłaciliśmy za najdroższy bilet wstępu. Zobaczyć wodospady może każdy (dzięki Bogu), ale za różną cenę. Na przykład – zagraniczni turyści za 215 peso, Argentyńczycy za 65peso , a mieszkańcy prowincji Misiones za 30 peso. Jawny przykład dyskryminacji, w Europie nie do zaakceptowania. Nie ma jednak wyjścia. Kupujemy i wchodzimy na teren parku. Musicie wiedzieć, że wychodząc czuliśmy, że wodospady są warte każdej ceny, żeby tylko je zobaczyć. W takich chwilach czujemy, że nie liczy się nic co materialne. Możesz kupić sobie wiele rzeczy materialnych, ale zawsze mogą się zepsuć, zniszczyć, ktoś może ukraść. A tego co zobaczyliśmy, nikt nam już nie odbierze. Zawsze będzie z nami wspomnienie niesamowitej potęgi natury w Iguazu.

SONY DSC

Ale po kolei. Najpierw przeszliśmy do stacji kolejki wąskotorowej, którą przejechaliśmy na najbardziej odległy kraniec parku, po stronie argentyńskiej, do największego na świecie wodospadu – Garganta del Diablo. Przechodzimy po metalowym pomoście zbudowanym na wartkiej rzece (Rio Iguazu Superior). Jakieś 1100 metrów przechodzimy do punktu widokowego. Już z oddali słyszymy hałas spadającej wody. Po 500 metrach widzimy ogromne kłęby skroplonej w powietrzu wody. To rozbryzgujące się krople, kropelki wody, które unoszą się w powietrzu tworząc jakby parę wodną, ale tak naprawdę są to miliardy odprysków wodnych z ogromnej ilości wody, która z wielkim hukiem spada na dół. Po chwili jesteśmy mokrzy, bo w zależności od tego jak zawieje wiatr, kropelki tańczą na wietrze i osiadają wszędzie, i tak cały czas od nowa, kolejne kłębowisko drobinek wody otacza cię ze wszystkich stron. Napawamy się ty widokiem.

SONY DSC

Wielkie, piękne, ogromne, niesamowite. Brakuje słów , żeby opisać, jakie to piękne i niezwykłe. Usatysfakcjonowani wracamy do stacji kolejki i zjeżdżamy trochę niżej, do stacji  Cataratas. Tam przez system metalowych pomostów i przejść przerzuconych nad odnogami rzeki Rio Iguazu oglądamy kolejne wodospady, kolejno Salto Alvar Nunez, Salto Bossetti, Salto Chico, Saldo Dos Hermanas, Salto Adan y Eva, salto Berbabe Mendez, by na końcu pomostów, przy Salto Bossetti zobaczyć ogromne skupisko wodospadów, ogromny wodospad Salto Escondido, Salto San Martin i Salto Mbigua.

Są tak piękne, że brakuje nie tylko słów, myśli nie są w stanie tego ogarnąć. Nad wszystkimi unosi się mgiełka, z powodu rozbryzgującej się wody, a w wielu miejscach widać piękne tęcze.

SONY DSC

Po parku biegają całe stada ostronosów (po hiszpańsku „coati”). Niestety, są dosyć rozpieszczone przez nierozsądnych ludzi i chcą żeby je karmić jakimkolwiek pożywieniem. Posuwają się nawet do drobnych kradzieży, jeśli nie pilnujesz swojej porcji jedzenia. W parku jest parę restauracyjek, gdzie można kupić coś do jedzenia, na zewnątrz stoją stoliki i krzesełka, a także zwykle czeka zgraja ostronosów by potowarzyszyć a przy okazji może coś uszczknąć dla siebie.

SONY DSC

Mamy dużo szczęścia. Po wczorajszych opadach straciliśmy nadzieję na słońce. A tu i wczoraj i dzisiaj piękne słońce, trochę ponad 20 stopni, ani za ciepło, ani za zimno. Pamiętamy, że w Argentynie jest teraz przełom jesieni i zimy, nie mamy więc złudzeń, co do pogody..

Latem w tym rejonie gdzie teraz jesteśmy, jest ponad 30 stopni Celsjusza i ogromna wilgotność powietrza. Powoduje to wysyp komarów i innych latających owadów. Niestety nie ma teraz motyli, z których ogromnych ilości słynie Iguazu, ale jeśli to ma przełożenie także na brak komarów, to jesteśmy w stanie to zaakceptować.

Po pięciu godzinach podziwiania, spacerowania, obserwacji, wracamy do miasteczka. Z parku można dojechać też autobusem. Niestety, cena jest w naszym przypadku prawie taka sama, jak taksówki. Ale kierowca miły, zatrzymuje się w dziwnych miejscach, zadziwia nas swoją nonszalancją, ale na szczęście dowozi nas do celu.

W naszym hostelu jest kuchnia, bierzemy zatem ją we władanie i po 15 minutach jemy pyszne spaghetti z sosem pomidorowym. Znowu jest pięknie, brzuszki pełne – można iść na miasto.

Po 19.00 rozpoczynamy wieczorny spacer po Puerto Iguazu. Ogromne ilości sklepów z pamiątkami, ceny europejskie, nawet bardzo europejskie… Znajdujemy lodziarnię, ale lody niestety nie powalają smakiem na kolana.

Napisz do nas
Facebook
YouTube