Wietnam – czterdziesty trzeci dzień wyprawy

Jedzemy dziś po południu do Danang. Nocujemy blisko lotniska, a rano wylatujemy do Ho Chi Minh. W związku z tym szukamy w mieście punktu, w którym moglibyśmy wydrukować nasz wcześniej zakupiony przez internet bilet lotniczy. Po nieudanych wczorajszych próbach zalogowania sie na stronie Wietnam Airlines dziś udaje nam się. Jednak żeby nie było za łatwo drukarka odmawia posłuszeństwa, a niezbyt miły pan po kilku naszych pytaniach wyłącza nam kompa i wyprasza. W końcu jednak znajdujemy uprzejmą panią w biurze podróży, która pozwala nam skorzystać z komputera i drukarki. Nie całkiem jednak bezinteresownie, bo za opłatą. Robimy wydruk rezerwacji biletu. Sprzeczne informacje, które otrzymujemy w tej sprawie w różnych punktach, dezorientują nas. Wracamy wymeldować się z hotelu. Po drodze ja wypijam kawę, a żona sprawdza umiejętności tutejszej fryzjerki. Co prawda trochę ostrożnie bierze tylko mycie i czesanie za to po 30 minutach wychodzi jeszcze piękniejsza… Autobus do Da Nang zabiera nas z recepcji hotelowej. Przejazd nie trwa dłużej niż 30 minut. Znając już trochę miasto i mając upatrzony hotel prosimy kierowcę i „kierownika” autobusu, żeby nas wysadził w centrum. Pozostają niewzruszeni i zostajemy wysadzeni jakieś 2 km dalej, na obrzeżach miasta pod jakimś hotelem. Jest to kolejna już taka sytuacja w tym kraju, jaka nas spotyka. Po wyjściu z autobusu proponują nam swoje usługi różne, czekające tam osoby. Jesteśmy trochę osaczeni, wszystko jest tak zorganizowane, że trudno jest samodzielnie podejmować decyzje. Być może ktoś pomyśli, że to fajne i wygodne. Pewnie tak, ale za to dosyć kosztowne dla osób mających inne plany, niz panowie z obsługi autobusu. Musimy wziąść taxi, żeby dostać się do miejsca, które niedawno prawie mijaliśmy. Oglądamy kilka pokoi i decydujemy sie na czwarte pietro, pokój z małym balkonem i oknem. Mamy ładny widok na tętniącą życiem ulicę. Popołudniu szwędamy się trochę po okolicy. Nic nie ma ciekawego, żadnej restauracji, w której można by zjeść obiad. Musielibyśmy przemieścić się do dzielnicy nadrzecznej, gdzie jest znacznie więcej turystów. Lądujemy w końcu w KFC. Trudno.