Argentyna- pięćdziesiąty dzień wyprawy

Podróżnicy w swoim żywiole

Podróżnicy w swoim żywiole

Ranek z widokiem na ocean. Czy może być coś piękniejszego? Czysta łazienka, ciepła woda. PACHĄCE RĘCZNIKI!!!. To duży luksus, bo od dwóch miesięcy raczej nikt nas tak nie dopieścił jak Gala i Ryś wczoraj. I dziś. W dwóch garnkach w ich kuchni już czekają na nas dwie, typowo argentyńskie potrawy. Co tam jest? Jeszcze nie wiem. W każdym razie na razie rozkoszuje się widokiem oceanu i nie mogę uwierzyć że tu jestem.

Paradoksalnie wygląda tu trochę jak w każdej nadmorskiej miejscowości: lody, jedzenie, quady, rowery, baseny. Roślinność przypomina tu trochę polskie badyle, więc może dlatego. Nie zmienia to faktu, że na takich wakacjach nie byłam już dawno i z przyjemnością odpoczywam od 7.00 rano (tak, ja tak wcześnie wstaje na wakacjach).

Wczoraj jedliśmy pyszne sery. Argentyna ma wspaniałe sery, które są po prostu obrzydliwie drogie. Prawie dwa razy drożej niż w Polsce. A przecież mają dużo mleko, a nawet bardzo dużo. To może oznaczać jedno. Tutaj ser jest PRAWDZIWY.  Z mleka. I podpuszczki (czy jak to tam się nazywa), a nie z dopuszczonej do obrotu chemii. Ulepszaczy, poprawiaczy smaku, stabilizatorów i wypełnień. Wczorajszy ser pleśniowy, którym nas poczęstowano po prostu zwalił z nóg swoim cudownym smakiem.

A rano po prostu odlot – jajecznica! Od 9 grudnia nie zjedliśmy prawdziwie polskiego śniadania, a tutaj Rysiek nawet chleb robi z prawdziwego zakwasu. Bo w sklepach co najwyżej bagietki.

Słychać gwizdek co jakiś czas. To sprzedawca churros – podłużnych ciastek smażonych w głębokim oleju. Gala mówi, że to obrzydlistwo. Niejadalne.

Po południu kupujemy mapę i planujemy kolejne kroki naszej trasy. Gala daje nam same użyteczne wskazówki, na przykład żeby absolutnie nie zatrzymywać się na stopie. Bo tutaj nie ma zasad. Znaczy jakieś są, ale słabe. A już zatrzymywanie się na stopie jest zabronione, bo znak stopu jest raczej tylko informacyjny, więc ktoś miejscowy na pewno przywali ci w tył samochodu, a w naszym przypadku motocykla.

SONY DSC

SONY DSC

Na obiad locro. Podobno jest dużo przepisów na to cudo. My jamy to u Gali tak: żeberka, kiełbaska (różna 4 rodzaje, różne rodzaje salaminy) trochę wołowinki, kukurydza, dynia, garbanzos (ciecierzyca),  papryka czerwona, cebula, marchewka. Gotujesz do miękkości. Po prostu eintop. Ale pyszny i do tego ostry sos – dużo małej pikantnej papryczki cebuli i pomidory. Do smaku dodajesz i jesz. Następnie umierasz z rozkoszy.

Na deser strudel z jabłkami i rodzynkami. Zapach cynamonu roznosił się w całym mieszkaniu.

Po południu trochę pracujemy, uzupełniamy stronę, wstawiamy trochę zdjęć. W momencie jak to robię, dostaję wiadomość od Emi. To ochrzan, że za rzadko piszemy. Naprawdę nie mamy czasu. Z motocyklem wszystko jest dwa razy dłuższe. Zabiera więcej czasu. Pakowanie, rozpakowanie, parkowanie, tankowanie i rozmowy z naszym hepeesem (tak się nazywa po hiszpańsku GPS) pochłaniają ogromne ilości minut.

SONY DSC

SONY DSC

Wieczorem po spacerze nad oceanem i kolacji, idziemy na lody. W Argentynie naprawdę są bardzo dobre lody. Pisałam wcześniej, że w Urugwaju są pyszne, ale chyba naprawdę tutaj są najlepsze. Różne smaki, chyba z 50 rodzajów. Z dodatkami, czekoladą, ciasteczkami, owocami. Rozkosz niewyobrażalna. Jemy po jakieś 250 gram. Nic nie mówię, nie odzywam się. Po prostu nie ma co marnować czasu, trzeba jeść.

SONY DSC

SONY DSC

Zygmunt ma jutro urodziny. Jakbym się nie połączyła, to tu może napiszę, że wszystkiego najlepszego…

Napisz do nas
Facebook
YouTube