Chile – siedemdziesiąty drugi dzień wyprawy

Marchew zawsze pożyteczna

Marchew zawsze pożyteczna

Chille jest cieniusieńkie. Może nie aż tak jak Półwysep Helski, ale jak spoglądamy na mapę, to widać tylko cienki skrawek lądu. Ludzie są tu mili, uprzejmi, nie liczą czasu i pewnie pieniędzy. Paliwo jest oszałamiająco drogie i wszystko inne także.

Witamy z Chile. Prawdę mówiąc w Chile już byliśmy wcześniej, przez dwie godziny, kiedy przekraczaliśmy granicę w drodze na Ziemię Ognistą. Ziemia Ognista jest bowiem podzielona, dokładnie linią prostą. Może nie na połowę, ale Chile przypada około 1/3. W każdym razie dziś już na pewno jesteśmy w Chile.

Rano wyruszyliśmy z Rio Grande. Wstaliśmy o 9.00 poszliśmy odebrać motocykle od mechanika. Musieliśmy go budzić (on mieszka obok warsztatu), jakoś daliśmy radę głośnym pukaniem, choć nie było łatwo. Niestety. Jeden motocykl ciągle słabo funkcjonuje. Mści się to, na co pożałowaliśmy pieniędzy w Polsce. Rozrząd. Niestety. Skrzeczy, piszczy, i inne ciekawe dźwięki wydaje. Niby zapala, ale nie jest to to, czego byśmy oczekiwali po naprawie za 500 argentyńskich peso.

W każdym razie czule pożegnaliśmy się z Nancy, dziękując jej za wspaniałą gościnę w Rio Grande i wyjechaliśmy spokojnie do granicy. Niestety. Już w mieście wiało, a jak wyjechaliśmy na trasę to nas zmiatało z drogi. Może nie dosłownie, ale wiatr był silny. Droga z Rio Grande do granicy, biegnie prawie cały czas nad morzem, więc wiatr jakby się wzmaga. Równina też powoduje mnogość wiatru. Jakoś dojechaliśmy do granicy – w końcu to tylko 80 kilometrów. Szybka odprawa po argentyńskiej stronie i po 14 kilometrach na chilijskiej stronie. Na granicy argentyńskiej zjadamy roślinne zakupy. Wyrzucamy niestety jakieś ziemniaki i buraczki, które kupiliśmy do zupy, którą mieliśmy zamiar gotować, bo nie chcemy ryzykować jakiś mandatów za przemyt.

SONY DSC

Obie odprawy zajmują naprawdę nie więcej niż 30 minut w sumie.

Jedziemy sobie spokojnie  dalej do Porvenir. Naturalnie droga jest szutrowa, bo jakżeby inaczej. Trochę walczymy z wiatrem, ale już zdecydowanie niedużo, znacznie osłabł. Trochę spostrzegamy, że pada (po śladach na szybce kasku). Trochę pochłodniało, zupełnie nie wiadomo dlaczego, przecież miało się ocieplać.W każdym razie niezwykle malowniczą drogą, która wije się niczym wstążka wzdłuż morza, tym razem to cieśnina Magellana, dojeżdżamy do Porvenir. Cali w kurzu i piachu, bo asfalt zaczął się dopiero w miasteczku, jedziemy do portu. Port jest oddalony około 5 kilometrów od miasta. Tam możemy zasięgnąć informacji. Nikogo nie ma w terminalu, zamknięty na cztery spusty, więc przygodnie mijanych ludzi pytamy. To oczywiście duży eufemizm, bo spotkać człowieka w tym pustym mieście to nie lada wyczyn. Potwierdzamy informacje, którą wyczytaliśmy na zamkniętych drzwiach terminalu, że prom dopiero o 20.00. a jest 17.00. W sumie tragedii nie ma. Wolimy się przemieścić „na drugą stronę” cieśniny Magellana. Jutro następny prom jest dopiero o 19.00 (kursuje jeden dziennie), więc niewiele nam zmieni zatrzymanie się w Porvenir. Chcemy jechać na noc do Punta Arenas. Prom płynie 2,5 godziny. Oznacza to że około 22.30 najwcześniej będziemy w Punta Arenas. A jeszcze trzeba hotel znaleźć!

nad cieśnina Magellana

nad cieśnina Magellana

W każdym razie wracamy do Porvenir. Jemy w miejskiej restauracji. Tu każdy własny/mały biznes prowadzony jest w domu. W domu jest zatem restauracja, skądinąd przyjemna, z białymi i zielonymi żarówiaście obrusami, z wymyślnymi kokardami na krzesłach. Chcemy zamówić mięso, (karty oczywiście brak, bo po co?), okazuje się, że żadnego carne już dziś nie ma, ani kurczaków, ani niczego. To co jest? No kawa, no frytki, no nic nie ma. Jakoś się dogadujemy i zamawiamy frytki z jajkiem sadzonym. No może nie jest to full wypas, ale trzeba jeść co jest, a nie ryzykować, że już dziś nic nie zjemy. Swoją drogą to ciekawe zjawisko. Ciągle nie możemy się przyzwyczaić do tutejszych warunków działania restauracji i barów. Normalnie wszystko jest otwarte nie wcześniej niż o 19.00, no może 18.00 w ciągu dnia zwykle nic nie zjesz. Mówimy oczywiście o małych miastach, a takich jest tu pełno. Poza stolicą kraju, naprawdę jest trudno o bary w naszym, europejskim rozumieniu.

Prom z Ziemi Ognistej do Punta Arenas

Prom z Ziemi Ognistej do Punta Arenas

O 18.30 wracamy do terminalu. Powoli ustawia się już kolejka samochodów. O 19.00 przypływa prom z Punta Arenas. Wysiada z niego sprzedawca biletów na terminalu, otwiera kasę i zaczyna się sprzedawanie. Jest dużo pasażerów bez samochodów, tylko my z motorami, dwa kampery, jakieś osobowe auta. Później okaże się, ze cały prom załadowany.

Kupujemy bilety. Miło się uśmiechamy, bo cena nas zaskoczyła. Czytaliśmy coś o 70 dolarach za osobę i motor, a tu wyszło 20 dolarów. Będziemy żyć! Nasz budżet dramatycznie nie ucierpiał.Wjeżdżamy na prom, widać, że będzie bujać, bo przypinają nasze motory pasami. My lokujemy się na miejscach dla pasażerów. Ludzi pełno. Dwie i pół godziny mijają powoli, aż wreszcie dojeżdżamy do Punta Arenas. Jest ciemno, trochę chłodno i padają nasze komunikatory. Ze zmęczenia. Cały dzień działały i już mają dosyć. Oznacza to, że nie możemy ze sobą już rozmawiać, a tu ciemno i do domu daleko. Na szczęście znajdujemy mały hotel Bulnes jakieś 3 kilometry od portu. Otwiera nam babulinka i zaprasza. Hotel jest hmmm… delikatnie mówiąc babciny, ale okazuje się że pościel czysta, lóżko się nie rozlatuje, sprężysty materac, więc zostajemy. Trochę jeszcze negocjujemy cenę, bo jak zwykle zwala nas z nóg, przy takim „komforcie”. W końcu dajemy za wygraną. Parking jest, zamykamy i osłaniamy motocykle.  O północy padamy na twarz. Nic nas już nie interesuje, tylko to, że trochę trudno uruchomić piecyk. Olewamy więc piecyk, przykrywamy się mocno i wtulamy w siebie. Ciepło. Zasypiamy.

Napisz do nas
Facebook
YouTube