Chile – siedemdziesiąty trzeci dzień wyprawy

poranne przygotowania do drogi

poranne przygotowania do drogi

Poranek chłodny. Nie chce się wstać. Krzysiek czyta ciągle wszelkie uwagi użytkowników forum F650. Coś wie, co się może psuć w jego motocyklu, ale to może być kilka przyczyn, więc trudno coś wykluczyć, albo coś potwierdzić. Decyduje, że pojedzie do mechanika w Punta Arenas, zasięgnąć więcej informacji.

Jemy śniadanie i coraz bardziej mi się tu podoba. Rozmawiam z mężem(?) babulinki właścicielki. Mówi, że tu na południu jest dużo spokojniej niż na północy kraju. Nie jest zimno wcale. Po prostu trzeba się ubierać i powoli człowiek się przyzwyczaja. Za to nie ma żadnych insektów. I coś w tym jest, przyznaję mu rację. Dodatkowo nie ma żadnych trzęsień ziemi, jak to bywa w Santiago del Chile, czy w innych miejscach na północy.

Właściciele hotelu

Właściciele hotelu

Na północy jest też niesamowite to, że ludzie ciągle powtarzają z uśmiechem. „Tranquilo, no hay problema”. I to jest piękne. Ludzie są spokojni, niczym się nie przejmują, mają czas, mają spokój, problemy rozwiązują się same, albo trochę im trzeba pomóc, ale nie ma się co denerwować.  Musisz zostać godzinę czy dwie dłużej w hotel – tranquilo. Musisz naprawić motor – tranquilo. Czyli spokojnie. Nie ma się gdzie śpieszyć. Dla mnie to jest cudowne.

Jedyny problem to śniadania. Tęsknię za białym twarożkiem, którego tu nikt nie zna i nie rozumie, za czym tęsknię. Tęsknię za ciemnym pieczywem, najlepiej takim  z piekarni „U Mamy i Taty”.

Zimno okrutnie. Na przystanku jem tuńczyka...

Zimno okrutnie. Na przystanku jem tuńczyka…

A pozatym jest ok. Żeby się tylko motory nie psuły, to by było wszystko dobrze. Jeszcze oczywiście problem z czyszczeniem gaźnika z zanieczyszczeń od paliwa czy od paprochów szutrowych to nic, ale jak już łańcuszek rozrządu się psuje, to już nie jest dobrze, bo trudno czekać w jednym miejscu tydzień czy dwa, zwłaszcza na północy, bo słabo z cenami hoteli. Zbyt drogie, jak na nasz budżet.

Chcielibyśmy dziś wyjechać do Punto Natales. Może się uda. Jest tam tylko 230 km i to asfaltem. Na razie czekamy na opinię mechanika. Jest szansa, że pojedziemy.  A naprawiać będziemy już w Argentynie.

W każdym razie  udało nam się wyjechać z Punta Arenas. Trochę przed 13.00 spakowaniu ruszyliśmy do Punto Natales. To jakieś 250 kilometrów. Wcześniej jeszcze uregulowaliśmy płatności za babvcny hotel, jak zwykle się okazało, że prowadzi ten hotel wspólnie z mężem od 40 lat. To jest to, czego czasem w Polsce mi brakuje. Swoistej ciągłości. Pewnej niezmienności niektórych miejsc.

Ledwo wyjechaliśmy z Punta Arenas, z siłą wodospadu uderzył w nas wiatr. Oczywiście miało być spokojnie, a tu jak nie zacznie wiać! Wiało tak przez kolejne 50 kilometrów, kiedy zrobiło się zimno. Zatrzymaliśmy się na przystanku. Chile ma co parę, paręnaście kilometrów takie śmieszne, zamykane budki, w których oczekuje się na autobus, albo po prostu można się schować.  Ja się schowałam po to, by się przebrać, a raczej dodatkowo ubrać. Przeprosiłam moją starą kominiarkę, przeprosiłam nieużywaną czapeczkę termiczną od Body Dry. Pozakładałam wszystko a golf zaciągnęłam na nos. Włączyłam rękawiczki podgrzewane (niestety tylko ja, bo do drugiej pary zgubiłam kabelek od włączania) i ruszyliśmy dalej.

SONY DSC

Po jakiś 80 kilometrach znowu przerwa. Tym razem jemy. Otwieramy puszkę z tuńczykiem, wyciągamy bułki i jemy, żałując że nie mamy wody, bo byśmy sobie w tej przystankowej budce herbatkę ugotowali. Niefart. Morał jest taki, by zawsze pamiętać o wodzie, by ją mieć przy sobie. Choćby 1 litr. Pojechaliśmy dalej kolejne 20 kilometrów, a już piękny widok Kordylierów zaczął się wyłaniać. Potem już tylko postój na małą kawkę i tym sposobem w zarąbistym wietrze dojechaliśmy do Puerto Natales.To pięknie położone niewielkie miasteczko, gdzie zatoka wryta jest jakby w ląd. Szybko znajdujemy nie za drogi hotel i ruszamy na miasto. Chcemy jutro zobaczyć Park Narodowy Torres del Paine, ale tym razem wpadam na radykalny pomysł. By trochę odpocząć namawiam męża, żebyśmy pojechali autobusem. Znajdujemy więc biuro podróży tutejsze i wykupujemy wycieczkę do Parku. Czy dobrze – okaże się jutro.

Napisz do nas
Facebook
YouTube