Argentyna – siedemdziesiąty piąty dzień wyprawy

Gdynia jest wszędzie!!

Gdynia jest wszędzie!!

To znowu w Argentynie. Nie ma to jak w Argentynie! Jest tu dużo taniej. I pogoda się poprawiła, ale nie ma się co dziwić, jesteśmy już wyżej, wyżej na północy. Rano byliśmy jeszcze w Puerto Natales. Dzień obudził nas dużym wiatrem, i wydawało się, ze nigdzie dziś nie ruszymy. Jakby tego było mało, ciemne chmury zbierały się nad miasteczkiem, a w deszczu to nam się tak słabo uśmiechało jechać. Jednak po 8.00 podjęliśmy decyzję, że jednak pora wstawać, że trzeba się ogarnąć, że trzeb się dowiedzieć jak wygląda sprawa z możliwością tankowania po stronie argentyńskiej i jaka jest prognoza pogody.Zjedliśmy śniadanie hotelowe, całkiem przyzwoite, chociaż tostowy chleb jest nie do przyjęcia, ale podali jeszcze masło, wędlinę żółty ser. Na deserek dżemik. Wyruszyliśmy. Chwilę pokręciliśmy się jeszcze po mieście w poszukiwaniu stacji benzynowej, a przede wszystkim małych bidonów do benzyny. W końcu po 10.00 ruszyliśmy z miasta, zaopatrzeni w 20 litrów benzyny i pełny bak. Puerto Natales żegnało nas lekkim deszczem.Żeby było przyjemnie to nie powiem, ale nie było tragedii. Wiatr ustał, a my, jak goście jechaliśmy sobie spokojnie w stronę granicy drogą nr 9. W zasadzie nic nas nie goniło, spokojnie sobie jechaliśmy, patrzeliśmy jak rozsuwają się powoli ciemne chmury i jakby nieśmiało wychodzi słońce.

granica Chile/Argentyna

granica Chile/Argentyna

Granicę przekroczyliśmy raz dwa o stronie chilijskiej w Cerro Castillo, a później 6 kilometrów szutrem do budynku odprawy argentyńskiej. Tu trwało troszkę dłużej, bo musieli nam wypisać pozwolenie na wjazd motorów.Komputer tylko jeden, więc pan celnik wypisywał ręcznie, przez kalkę. Myku myk, już byliśmy na drodze. Jakieś paręnaście kilometrów szutrem i już byliśmy na upragnionej Ruta 40 (droga krajowa nr 40). O, jakże szczęśliwi byliśmy. Wiatru zero (tak się przynajmniej wydawało). Spokojnie, słoneczko przygrzewa. Nooo, tak to można jechać. Tak dojechaliśmy sobie do Tapi Aike. Wydawać by się mogło, że jest tu stacja benzynowa, a oczywiście jest. Ale nieczynna. Przerwa. Za chwilę wzruszenie odbiera nam mowę!Na budynku stacji, gdzie pełno naklejek motocyklowych odnajdujemy w tłumie tą jedyną: „Gdynia moje miasto”. Kto ją to przykleił? Nie wiemy. Ale wiemy, że to niesamowite, na końcu świata znaleźć naklejkę swojego miasta

SONY DSC

. Za chwilę mamy swoją wielką chwilę dumy z naszej zapobiegliwości, planowania i organizowania. Na stację podjeżdża Szwed, motocyklem KTM, nowy, wypasiony i wielce zdziwiony, że stacja zamknięta, a następna ponad 150 kilometrów dalej. A my, że sobie właśnie nalaliśmy z zatankowanych wcześniej zapasów. No nic. Szwed musi ryzykować i jechać dalej, może w Cerro Castillo będzie stacja. Ma jakieś 40% szans.

SONY DSC

My zjeżdżamy z Ruta 40 na szutrową drogę w kierunku El Calafate. I zaczyna się zabawa, cały czas kamienie, nasze zapasowe paliwo co chwila się obsuwa i trzeba je ciągle sprawdzać i poprawiać mocowanie. Ale za to okazuje się na postoju, że bardzo wieje. Ale dla nas to cudowny wiatr. Pierwszy raz mamy wiatr w plecy. Jedziemy razem z wiatrem i udaje nam się przyjemnie się poczuć. W końcu dojeżdżamy ponownie na Ruta 40 . Tu odezwał się nasz druh wiatr. Pokazał kto tu rządzi w Patagonii. Jak zaczęło wiać, to wiało tak, że zwiało przymocowany pod siatką pokrowiec na motocykl. Dzięki Bogu, szybko się spostrzegliśmy, jakieś 1,5 km się wróciliśmy i znaleźliśmy naszą zwianą zgubę. Od razu humory nam się poprawiły. Co oczywiście nie zmieniło faktu, że wiatr dalej pokazywał swoją silną stronę. A nawet jeszcze silniejszą. Naprawdę, wiało okropnie. Wszystko przez to, że zmieniliśmy kierunek jazdy. W tym silnym wietrze jechaliśmy jakieś 50 kilometrów, kiedy wjechaliśmy w dolinę, a naszym oczom ukazało się Lago Argentino (jezioro Argentyna).

Nie da się nawet tego opisać, a tak się zapatrzyliśmy, że ominęliśmy jedyny punkt widokowy i nie zatrzymaliśmy się, tylko jechaliśmy wielką, rozległą doliną, która ciągnęła się, osłonięta z obu stron łagodnymi wzgórzami, usypanymi jakby przez wiatry.Oczywiście dookoła nic, żadnych budynków, zabudowań, wiat przystankowych. NIC. Po prostu przyroda, droga i my na motorach. Od czasu

szutry

szutry

do czasu jakiś samochód, ale generalnie rzecz biorąc ruch raczej nieduży. Wjechaliśmy do El Calafate. Miasto położone jest nad Lago Argentina, jest wielce turystycznym miejscem, pełno w nim turystów. My znajdujemy piękny camping, i korzystając z tego, że temperatura znacznie się podniosła, decydujemy się dziś rozstawić namiot i zostać w tym miejscu. El Calafate to punkt wypadowy do Lodowca Perito Moreno.

Napisz do nas
Facebook
YouTube