Argentyna – osiemdziesiąty dzień wyprawy

no hay nafta...

no hay nafta...

El Chalten żegna nas słońcem. Rano wstajemy, myjemy się, szybkie śniadanie (płatki z mlekiem) i jedziemy. Ja dodatkowo jem suszone śliwki. Są one w Argentynie  wyjątkowo pyszne. Suszone na słońcu, więc słodkie, a nie jakby wędzone.  Wyjeżdżając widzimy cały czas, w lusterkach oddalający się szczyt Fitz Roy. Jest piękny. To prawda.

Wczoraj wieczorem zatankowaliśmy oba motory i dodatkowo zakupiliśmy 10 litrów do baniaka. Na stacji powiedziano nam, że najbliższa stacja jest za jakieś 130 km, w Tres Lagos, także spokojnie damy radę i dojedziemy, dotankujemy i pojedziemy na camping do Gobernator Gregores. Niestety. Jeszcze się nie nauczyliśmy, że w Argentynie, a szczególnie w Patagonii, nic nie jest oczywiste i pewne. Dojeżdżamy do Tres Lagos.Tuż przed wioską (bo dla nas to wiocha zabita dechami, a nie żadne miasteczko), zamknięta droga i objazd. Zjeżdżamy więc objazdem do wioski. Oczywiście cały czas kamienie i tarka na drodze. Asfalt się skończył. Motocykle tańczą na kamieniach, tłucznia jakiegoś nawieźli i tyle. Wioska oczywiście także ma same drogi szutrowe, kamienie pryskają spod kół. Zero żywego ducha, jak to zwykle w Patagonii. W końcu wypatrujemy posterunek policji. Oficer przez okno krzyczy, że za 2 kilometry, zaraz na wjeździe do miasta. Upewniamy się jeszcze u jednego miejscowego. Tak. Stacja jest przed wjazdem do miasta. Przeoczyliśmy? Jakim cudem.

SONY DSC

A jednak. Cuda się zdarzają. Tuż za objazdem jest skręt w lewo pod ostrym skosem. Tam jest mała, na dwa dystrybutory, stacja benzynowa. Podjeżdżamy. Na dystrybutorach kłódki. Można powiedzieć, że pajęczyny się już porobiły. Na dystrybutorze kartka – „no hay nafta”. Znaczy – benzyny nie ma. Wchodzimy do sklepu. Przemiła pani mówi, że dziś będzie. Ale nie wiadomo o której, a benzyna skończyła się w poniedziałek. Hmmm… a mamy środę. Ładnie. Zresztą i tak nie ma żadnej gwarancji, że dziś paliwo dowiozą. To siadamy. Myślimy. Zastanawiamy się, co robić. Po około dwudziestu  minutach podjeżdża samochód. Para Argentyńczyków z Buenos Aires, na urlopie.  Przemili. Z wyraźnym przepraszającym tonem, mówią, że paliwa trochę to oni mają, ale w baku, więc nie mają jak nam dać. Ale my jak zwykle jesteśmy przygotowani. Mamy rurkę do paliwa.I wszystko byłoby dobrze, bo próbowaliśmy ze wszystkich sił i  trochę paliwa nam naleciało do naszej bańki plastikowej, ale niestety zbyt niski poziom benzyny w samochodzie, z którego chcieliśmy spuścić uniemożliwił. Może też jakieś kanaliki w zbiorniku, które utrudniały przepływanie paliwa. Odpuściliśmy. Znowu godzina czekania, przyjechali Francuzi w rozwalającym się busiku na argentyńskich numerach. Pytamy czy nie mają paliwa. Kierowca coś pokręcił głową, powyciągał mapy, zaczął liczyć, liczyć. W końcu znowu pokręcił głową, że niestety, nie może nam użyczyć paliwa.

SONY DSC

I znowu pół godziny czekania. Na stację podjechały z wielkim hukiem, niewielkim quadem, dwie nastolatki. Może miały z 15 lat. Coś tam pokiwały głową, że jest możliwe, żeby w mieście kupić. No to wracamy do tej wiochy, dziewczyny pokierowały nas do straży pożarnej. Nikogo nie ma. To znowu na posterunek. Wyjaśniamy, że potrzebujemy tylko 5 litrów (by dojechać do najbliższej stacji), niestety nie mają paliwa na stanie, a ich auta jeżdżą na ropę (czyli tankują diesla). Kurcze, ale na pewno ktoś ma w mieście – mówimy i czekamy na reakcję. Policjant podrapał się w głowę, wyciągnął książkę telefoniczną wioski, drukowane,  cztery kartki A4. Dzwoni. Posterunek wygląda jakby żywcem wyciągnięty ze Stegny. Albo i jeszcze gorzej.

W każdym razie dał nam namiar (w prawo i pierwsza w lewo), do gościa, który może nam sprzedać benzynę. Uradowani – jedziemy.

Nestor – zapamiętajcie to nazwisko. To gość, który sprzedaje paliwo w Tres Lagos. TO gość, który nie ma serca i za litr paliwa, bierze prawie trzy  (TRZY!!!) razy więcej, niż na stacji. Na stacji po 7 peso, a on nam zaśpiewał 20 peso za litr. Nie mamy wyjścia. Mówimy mu, ze to nie ludzkie, płacimy 100 peso i jedziemy dalej.

SONY DSC

Oczywiście paliwo to jest tylko trochę szczęścia na tą chwilę, bo nie ma już asfaltu, przez najbliższe 120 kilometrów sam szuter. Kamienie i kamienie. Luźne i trochę ubite, ale droga ciężka. Jakby jeszcze na złość, widzimy, że obok tej drogi ciągnie się piękna, asfaltowa powierzchnia. To trwają roboty drogowe i kładą drogowcy asfalt. Korzystamy w czasie tej mordęgi jazdy kamieniami, widząc piękną wstążkę asfaltu ciągnącą się obok naszej drogi, nie całkiem jeszcze gotowej (nie oddanej do użytku), ale istniejącą, wbijamy się, wjeżdżamy na nią, pokonując przeszkody ziemne, rowy, nasypy i inne zrobione przez drogowców. Tym sposobem co parę kilometrów, po parę kilometrów, jedziemy asfaltem. W kilku miejscach drogowcy z pobłażliwością przyglądają się naszym poczynaniom.

SONY DSC

SONY DSC

W końcu po 30 kilometrach kończy się asfalt całkowicie i jesteśmy zdani jedynie na kamienie, piach, pot i łzy. No, może łez nie ma, ale jest tak sobie. Znowu pokrywamy się cali warstwą kurzu. Dopiero ostatnie 40 kilometrów zaczął się asfalt. Świeżusieńki, piękny.

SONY DSC2626

Dojec2haliśmy do miasta, a tu niespodzianka. Pierwszy darmowy, miejski camping. Do tego na campingu motocykliści argentyńscy, którzy udzielili nam paru rad i wskazówek co do dalszej trasy.Robimy szybkie zakupy, rozbijamy namiot, pieczemy mięso, jemy i idziemy spać. Korzystamy jeszcze z ciepłej wody i czyścimy okurzone ciała… Napracowały się dziś…

Napisz do nas
Facebook
YouTube