Argentyna – osiemdziesiąty pierwszy dzień wyprawy

Canadon del Rio Pinturas

Canadon del Rio Pinturas

Wstajemy. Przez pół ranka zastanawiamy się co robić. Jechać, czy zostać. W końcu po jajecznicy na śniadanie, dojrzewamy do decyzji. Jedziemy. Nuda w tym mieście i tyle. Tyle tylko, że parking darmowy. Ale Internetu nie mamy już chyba piąty dzień, więc decydujemy się na przejechanie kolejnych kilometrów.Jeszcze tradycyjnie podjeżdżamy na stację benzynową, tankujemy do pełna, plus 20 litrów zapasu do kanisterków. Wszystkich! Cała z tym zabawa, bo zbiorniki trzeba dobrze przymocować, bo na szutrze przesuwają się pod gumkami mocującymi, paliwo rozszerza się w ciągu dnia pod wpływem temperatury, trzeba pamiętać, aby zostawić w baniaku trochę luzu na ten proces.Spokojnie wyjeżdżamy, niestety, po 100 kilometrach wiatr się wzmaga i towarzyszy nam już do docelowej wioski – Bajo Caracoles.

SONY DSC

Wioska to osiem chałup na krzyż. Chcieliśmy się tu zatrzymać, campingować, albo wziąć pokój w hotelu, by następnego dnia zwiedzić Jaskinię Ręk (Cueva de los Manos). Niestety właściciel hotelu nie może się zdecydować, czy ma wolny pokój, czy nie. Mówi, że czeka na większa grupę osób, żebyśmy przyszli za 2-3 godziny. Kupujemy więc butelkę wody i jedziemy zwiedzać jaskinię. Wymyśliliśmy, że spróbujemy dziś zanocować na dziko. Do Jaskini Rąk trzeba zjechać z asfaltu i ponad 45 kilometrów jechać szutrem. Może i nie jest najgorsza ta droga, jakoś się jedzie, niestety co chwila paliwo w baniakach się przesuwa, trzeba patrzeć, sprawdzać, poprawiać. Upierdliwe. Nawet zatrzymanie się na tym szutrze jest słabe, uciążliwe i męczące.Ostatni odcinek szutru okazał się najgorszy. Widoki piękne, bo przed naszymi oczami ukazuje się wielki kanion  – Canadon del Rio Pinturas.

SONY DSC

Droga biegnie ostrymi zakrętami w dół. Jeden z motorów nie wytrzymał napięcia, związanego z doznaniami wzrokowymi kierowcy i się przewrócił. Żeby było sprawiedliwie, przewrócił się na drugi bok, niż ostatnio, dla symetrycznego obtłuczenia szybki.  Motor zatem leży na boku, paliwo cieknie. Łydka boli, bo stłuczona. Do tego dochodzą nerwy, emocje, a widoki piękne.Całe to poddenerwowanie przenosi się na wszystko inne. Obsługa turystyczna (trzy osoby) nie mówi po angielsku (bo i po co? Przecież wszyscy mówią, a przynajmniej powinni mówić po hiszpańsku). Następne wejście do jaskini za pół godziny.Czekamy. Powoli nerwy mijają, zbliża się 18.00 idziemy oglądać te cuda, co to mają ponad 8 tysięcy lat. W tym kanionie i w jego okolicznych jaskiniach mieszkały grupy ludzkie (jaskiniowców), którzy korzystali z wody w pobliskiej rzece i drzewa, a także polowali na guanaku i inne zwierzęta. Z bliżej nieznanych powodów, na ścianach jaskini odbijali swoje ręce, przy pomocy naturalnych barwników, jak trawy, węgla, krwi zwierzęcej czy roślin. Tworzyli też różne inne malunki, najprawdopodobniej posługując się piórami zwierząt.

Cueva de los manos

Cueva de los manos

Miejsce jest niezwykle urokliwe, ale pierwsze nasze wrażenie jest takie, że to taki chwyt marketingowy, bo odbite ręce, wyglądają jak zrobione przez kogoś niedawno, dla zabawy, czy dla turystów.

Cueva de los manos

Cueva de los manos

Po dłuższym czasie jednak, widać logikę, widać starsze i nowsze malunki, widać, że to historyczne, prastare motywy.  Jesteśmy usatysfakcjonowani, pomimo że przewodnik średnio sobie daje radę.

Jeszcze jakoś trzeba wjechać pod tą górę, z której zjechaliśmy (a niektórzy z przygodami). Niestety, wkrótce też drugi motor przewraca się na bok. Straty – niegroźne zadrapanie łydki i wyrwane mocowanie z tankbagu. To skutki oglądania się na szutrze. Na szczęście dwa zakręty dalej jest ścieżka prowadząca w bok. Decydujemy się zjechać w nią i w karłowatych krzakach rozbić namiot. Nie widać nas z drogi, jest w miarę spokojnie. Zostajemy.

Szybka połamana ...

Szybka połamana …

Wiatr niestety się wzmaga. Śpieszymy się, bo słońce bardzo już nisko nad horyzontem. W coraz większym wietrze rozkładamy namiot, dojadamy wczoraj upieczone mięso, owoce, zapinamy na kłódkę motory, zakrywamy je pokrowcami i zamykamy się w namiocie. Wiatr targa namiotem. Pozatym spokój. Można powiedzieć, że cisza… Poza wiatrem oczywiście.

Napisz do nas
Facebook
YouTube