Argentyna – osiemdziesiąty drugi dzień wyprawy

Dziki camping

Dziki camping

Rankiem budzi nas spokój. Wiatr ucichł, jest w miarę spokojne. Rześko. Jakieś paręnaście minut po przebudzeniu czekamy na słońce, aż się wychyli zza skał. I już jest cieplej. Ale nie na tyle, by zrezygnować z małego ogniska.W miejscu gdzie rozbiliśmy namiot jest trochę drzewa, jakaś stara paleta, więc korzystamy z tego i za chwilę już grzejemy się przy ognisku. Kawa, herbata, ryż na mleku.

Pełny serwis śniadaniowy. Pakujemy się, znowu składanie materacy, śpiworów, namiotu.  Ranek jak co dzień…

serwis śniadaniowy - ryż na mleku

serwis śniadaniowy – ryż na mleku

Teraz jeszcze trzeba skleić rozbitą wczoraj szybę do motocykla, ale od czego jest taśma…

bez taśmy ani rusz

bez taśmy ani rusz

Wyjeżdżamy, chcemy skrótem przebić się do drogi nr 40. Krócej i szybciej na asfalcie. No tak. Ale nie przewidzieliśmy jednego. Droga przecina głęboki, kilkusetmetrowy kanion,  ostro schodzi w dół, a cały czas kamienie i piach. Z przewagą kamieni. Zakręty wzdłuż zboczy. Myśleliśmy, że wczorajsza droga to było najgorsze, co nas może spotkać, ale dzisiejsza trasa to za każdym zakrętem oczekujące,  nowe wyzwanie.

Dwie góry, z których przynajmniej jest 20% spadku należy pokonać na dwa razy. Najpierw jeden motor, potem drugi. Mniej doświadczony motocyklista (motocyklistka) musi tą trasę pokonać pieszo… Tym sposobem odcinek dwu kilometrowy pokonujemy w 20 minut…

Na szczęście ten skrót to tylko 20 kilometrów. Dojeżdżamy do Ruta 40 i spokojnie asfaltem jedziemy dalej. Dojeżdżamy w miarę sprawnie do miejscowości Perito Moreno. To małe miasto, w którym jest camping, niezwykle tani. Najtańszy, w jakim nocowaliśmy do tej pory (oprócz tego darmowego oczywiście). Rozbijamy namiot i pytamy o mechanika. Niby jest, ale bardziej są tu osoby, które mają motocykle i pojecie o nich. Jeden ze znajomych recepcjonisty przyjeżdża do nas na camping. Umawiamy się na jutro rano. Spróbujemy coś zrobić z tym luzem na zaworach. Z powodu braku części zamiennych chociaż zmierzymy jak to wygląda.

SONY DSC

Idziemy na spacer po miasteczku. Oczywiście wszystko zamknięte, bo jest przerwa obiadowa, która trwa albo do 16.00, ale zwykle do 17.00. Znajdujemy jednak małą, uroczą kawiarenkę i korzystamy tam z Internetu. Skype działa, ale nic poza tym. Strony ładują się wolniej, niż budowa autostrad w Polsce.

Jedziemy na szybkie zakupy, odwiedzamy miejscową Biedronkę, która w Argentynie nie jest ani portugalska, ani zbyt tania. Nazywa się La Anonima i jest w tym sklepie prawie wszystko. Nawet krem do rąk…

Wieczorem przygotowujemy w campingowej kuchni warzywną potrawkę, bo czas uzupełnić witaminy. Jemy pomarańcze, które są wyjątkowo soczyste i miejscową odmianę chałwy – Mantecol.

Na campingu spotykamy Polaka. To znaczy potomka Polaka – Carlosa. To Argentyńczyk, który po polsku potrafi powiedzieć, mocno kalecząc: „cholero, trochę wolniej”.

z Carlosem

z Carlosem

Ojciec Carlosa, nazywał się Kazimierz i pochodził z małej wioski pod Krakowem. Przyjechał w latach trzydziestych XX wieku do Argentyny, miał wtedy 16 lat.  Osiadł tu, ożenił się i urodził mu się syn, Carlos. Carlos ma teraz 65 lat i nie czuje się Polakiem, tylko Argentyńczykiem. Wyciąga jednak z portfela zdjęcie ojca. Wzruszające.

Kazimierz Kaleta - Ojciec Carlosa

Kazimierz Kaleta – Ojciec Carlosa

No polska twarz… Ewidentnie. Bo Carlos, to raczej wdał się w matkę…Zmęczeni tym dniem, zasypiamy.

Napisz do nas
Facebook
YouTube