Argentyna – osiemdziesiąty dziewiąty dzień wyprawy

SONY DSC

Dzień zaczął się w nocy. A raczej bardzo wczesnym rankiem. Obudziło nas bębnienie kropel deszczu o namiot. „No ładnie” – pomyśleliśmy sobie. W końcu dopadł nas deszcz. I co teraz? Jak to co, dalej zasnęliśmy i tak znowu godzinkę, półtorej. W końcu o 8.30 postanowiliśmy wstać i zorientować się w sytuacji. Szybka toaleta, po czym odpaliliśmy w namiocie komputery i sprawdzamy co z tą pogodą. No nie jest dobrze. W Bariloche zapowiadają deszcze i lepiej stąd uciekać. Zresztą i tak camping drogi, więc nie ma co tu siedzieć. Mieliśmy zaplanowane dziś San Martin de los Andes. Zebraliśmy się więc i ruszyliśmy. Trochę w deszczu, ale przygotowaliśmy prawie wszystko w namiocie i przyszedł czas na błaganie jednego z motorów, by odpalił. Skubany długo się kazał prosić. Standardowe procedury, podłączanie pod akumulator do drugiego, grzanie i przeczyszczanie świec. Po prostu ponad godzina w plecy. Na szczęście przestało padać. Szybka kawa i znowu pakowanie na motory, składanie mokrego namiotu i wreszcie w drogę. Niestety. Trochę pokręciliśmy drogę, więc osławiona droga siedmiu jezior trochę nas ominęła (a raczej to my ją ominęliśmy). Do San Martin dojechaliśmy czterdziestką.

arg_67

Wiatr wiał taki, że nie wiedzieliśmy jak się nazywamy. Oprócz tego że wiał prosto w twarz, to do tego jeszcze kręcił młynki na drodze, że nie wiadomo było tak naprawdę, z której strony uderzy silny podmuch. Ale nic. Dojechaliśmy w końcu do San Martin de los Andes i tu mój mąż sprawił mi najpiękniejszy prezent na Dzień Kobiet. Owszem, mieliśmy dziś nocować w hotelu, bo jednak 4 czy 5 stopni w nocy to słabe na camping, ale mąż przeszedł samego siebie. Zafundował nam na dzisiejszą noc piękny, wielki domek. Jak niewiele człowiek potrzebuje do szczęścia. Dach nad głową, dach nad motorami. Po prostu nic więcej. A tu przestrzeń, kuchnia, kominek. Ciepło ! bo piecyki grzeją bardzo.

Wieczorem podjechaliśmy do cukierni Mamusia. To założona po wojnie przez Zbigniewa Fularskiego, żołnierza Szarych Szeregów, emigranta.

Niestety Pan Zbigniew jest już wiekowym człowiekiem, a co za tym idzie czasem zdrowie nie pozwala mu spotkać się z innymi. Udało nam się jednak porozmawiać z nim przez telefon. Bardzo zaciekawiło go, że jesteśmy z Gdyni i przemierzamy Amerykę Południową na motocyklach.

A czekoladki bardzo dobre…

I tak oto wygląda nasz wieczór. Czekoladki, pyszna przepieprzona zupa (żeby zaostrzyć nastroje wieczorne), wino, banany (jakże erotycznie). I ciepły prysznic. Z dobrym ciśnieniem wody, a nie, że  ledwo co strumień leci. Fantastycznie.

Napisz do nas
Facebook
YouTube