Chile – sto szósty wyprawy

pożegnanie z Juanitą

pożegnanie z Juanitą

Dzień jak co dzień. Z tą różnicą, że dziś budzimy się wyspani i wypoczęci. Naprawdę sprężysty materac pozwolił solidnie wypocząć. Śniadanko – płatki, tosty i sok z melona. Idziemy rzucić okiem na miasto, wypłacamy pieniądze z bankomatu i jedziemy dalej. Pogoda nie zachęciła nas, żeby dłużej zostać w La Serena, jest pochmurno, nie widać w ogóle słońca, nie jest też ciepło. Na ulicy widzimy ludzi w czapkach i kurtkach. Może nie jest też zimno, bo jakieś 15 stopni, ale my oczekujemy czegoś cieplejszego, jeśli chodzi o pogodę.

Ruszamy, wcześniej jednak żegnamy się czule z Juanitą, która zajmuje się prawie wszystkim w hotelu Arbol, w którym spaliśmy. Jedziemy dziś do Copiapo. To miasto wielu kopalń, znane przede wszystkim z katastrofy w 2010, kiedy to Chilijczycy wydobywali uwiezionych przez 10 dni górników, specjalnie skonstruowaną kapsułą.

SONY DSCDo Copiapo jedziemy w chmurach. Prawie dosłownie. Kiedy wyjeżdżamy z La Serena nic jeszcze nie wskazuje na nieoczekiwaną zmianę warunków. Po prostu jest pochmurno. Jednak po 30 kilometrach gęsta mgła zaczyna nas dosłownie oblepiać. Na kaskach krople wody, jedziemy wzdłuż wybrzeża, ale prawie nie widać ani brzegu, ani morza. Droga wznosi się o około 500 metrów i toniemy w chmurach i mgle. Serpentyny dopełniają emocji . Może nawet lepiej , że jest mgła, bo nie widać przepastnych urwisk wzdłuż drogi. Tak samo jak gwałtownie zaczęliśmy wjeżdżać w tą mgłę, tak niespodziewanie za którąś z serpentyn niebo stało się w ciągu kilku minut błękitne, chmury zostały za nami i ukazała się nam pustynia Atacama w całej rozciągłości. Nie jest jeszcze pustynia, jaką można sobie wyobrazić, bo jest dużo gór i skał, ale też trochę roślinności, drobne krzaczki przycupnięte tu i ówdzie.

Gdzieniegdzie widać już łachy piachu, które są pozałamywane wiatrem i  tworzą piaszczyste grzbiety. Po mglistym i chłodnym poranku w La Serenie reszta część drogi przebiegała w iście upalnych warunkach. Suche powietrze w mig osuszyło krople z resztek mgły  na kaskach i ubraniach. Po kilkudziesięciu kilometrach dostrzegliśmy drogowskaz: Domeyko 20 kilometrów. Tam też zatrzymaliśmy się na mały posiłek z naszych zapasów. Miejscowość o polsko brzmiącej nazwie od nazwiska słynnego w Chile Polaka, nie przypominała nam ojczyzny. Wioska z kilkoma ulicami, które przejechaliśmy w poszukiwaniu ukrytych atrakcji, była dosyć obskurna. Płoty gdzieniegdzie zrobione z blach po beczkach po paliwie. Drewniana, niska, podupadająca zabudowa nie sprawiała przyjemnego wrażenia. Pomimo to znaleźliśmy mały placyk z ławeczkami i tam zjedliśmy małe co nieco.

Copiapo

Copiapo

Dalsza  podróż była już dosyć nudna, ciągle ten sam górzysto pustynny krajobraz. Dojechaliśmy do Copiapo. Miasto ukryte jest w górach. Dosłownie. To jest ciekawe zarówno w Argentynie, jak i w Chile, że nie ma nic, jedziesz drogą i nic nie widać, żadnych przedmieść, żadnych wiosek przed miastem, tylko myk i już całe miasto jak na dłoni, bo są one przeważnie w małych, lub większych dolinach.Copiapo ma przepiękny główny plac, obowiązkowo z centralnie ustawioną fontanną. Do tego kilkanaście ulic centrum i rozległej części poza centrum. Jest spory ruch samochodowy, a wszystkie te auta są miejskie, nie ma tu ruchu tranzytowego.

Próbujemy znaleźć niedrogi hostel, ale dopiero za trzecią próbą się udało. Nie należy zawsze brać, co popadnie. Warto jednak czasem zadać sobie troszkę trudu i pojechać cztery ulice dalej. Dzięki temu mamy całkiem przyzwoity pokój, za rozsądne (w Chile rozsądne!) pieniądze.

Na kolację pizza i spacer po centrum. Wracamy już po ciemku do hotelu. Jutro ruszamy dalej.

Napisz do nas
Facebook
YouTube