Argentyna – sto dwudziesty siódmy dzień wyprawy

SONY DSC

Rano jest trochę rześko, a nie chłodno, tak jak w Patagonii na niektórych campingach. Słońce już dawno wzeszło, tylko jeszcze gałęzie drzew rzucają cień na nasz namiot. Chwilę zastanawiamy się czy nie zostać tu jeden dzień dłużej, ale jednak decydujemy się jechać dalej. Argentyna czeka…

Zwijamy namiot. Na śniadanie tylko kawa i owoce. Jakoś nie chce nam się nic więcej jeść po wczorajszej kolacji. Przy wyjeździe z kompleksu machamy ochronie na pożegnanie i kierujemy się na wschód. Dziś mamy zamiar dojechać do Casildy. Dlaczego tam? Ponieważ w tym miasteczku mieszka Julio wraz z rodziną. Poznaliśmy go w Malarque kilka tygodni temu. Dostaliśmy od niego zaproszenie do jego domu i postanowiliśmy z niego skorzystać. Pozatym Julio jest też potencjalnym kupcem naszych motorów. Dziś mamy niecałe 200 km do pokonania. Mniej więcej w połowie drogi w Comandanda De Gomez spostrzegamy spory park, który okazuje się miejskim campingiem. O tej porze roku nikogo tam nie ma. Sprawdzamy, że toalety są otwarte, woda jest.  Wjeżdżamy i robimy przerwę na drugie śniadanie. Jajecznica, kawka, herbata. Odpalamy kuchenkę i już mamy kilku odwiedzających. Standardowe pytania, skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Ale jest miło. Nie śpieszymy się. Do celu już niedaleko. Co prawda jedziemy trochę bez zapowiedzi, w ciemno. Mieliśmy dzwonić przed naszym przybyciem, ale jest nam po drodze i w razie czego pojedziemy do pobliskiego Rosario.

Jakieś dwie godziny później znajdujemy dom Julio. Rolety są zasłonięte i nikt nie otwiera pomimo dzwonienia. Czekamy kilka minut zastanawiając się co robić. I wtedy nadchodzi mężczyzna, jak się okazuje syn naszego znajomego. A sam Julio wraz z żoną i córką spał, jak przystało na prawdziwego Argentyńczyka. Jest przecież pora siesty, godzina 14. Zaskoczenie naszych gospodarzy było spore, ale już po chwili piliśmy kawę i rozmawialiśmy w najlepsze.

Julio jest już na emeryturze. Ale obok domu ma sporą halę produkcyjną gdzie są przygotowywane elementy do stawiania konstrukcji stalowych wiat, magazynów i hal. Teraz ten obowiązek przejął jego syn. Z zainteresowaniem oglądam sporo sprzętu, narzędzi i materiału do produkcji. Na hali stoi też jego camper, którym był w Malarque, gdzie się spotkaliśmy.

Dostajemy pokój w domu gdzie szybko się przebieramy. Mały prysznic i jedziemy na miasto. Nasza wizyta w Casilda ma jeszcze jeden cel. Chcemy dowiedzieć się jak legalnie sprzedać motocykle w Argentynie.  Zaczynamy wywiad u znajomego Julio, który jest po godzinach radcą prawnym. A normalnie pracuje w tutejszym sądzie. Po kilkunastominutowej rozmowie trochę nam się rozjaśnia. Ale nie na tyle, żeby być pewnym. Przepisy nie są jasne. Jutro mamy mieć więcej informacji z urzędu celnego.

Wieczorem jemy pysznego kurczaka z soli. Sylwia, żona Julio, przyrządziła go na kolację, pycha. Potrzeba cały kilogram soli do jego zrobienia. Ale spokojnie, nie jest za słony. Sól wysypuje się w całości na spód blach, bardzo grubo. A samego kurczaka w nietypowy dla nas sposób rozcina się na piersi i rozkłada w całości na blaszce. Grzbietem do góry. Piecze około 1,5 godziny. Gotowe.

Podczas kolacji mamy ogromny zastrzyk nowych słów hiszpańskich. Cały wieczór tylko w tym języku. Aż boli głowa. Ale pozytywnie. Padamy około 23.00…

 

Napisz do nas
Facebook
YouTube