dav

Boliwia – Dzień 266

Dzień dwieście sześćdziesiąty szósty  16.06.2019

Bardzo wcześnie dojeżdżamy do Santa Cruz. Długo nie zwlekaliśmy z porannym wstawaniem, a i śniadania hotelik też nie serwował. Ruszyliśmy zatem skoro świt, czyli około 8,30… Wiem, wiem o tej porze to większość już dawno jest w pracy i musieliście wstać naprawdę skoro świt. Ale u nas jakoś tak rytm dnia sam się wyregulował. Kładziemy się stosunkowo wcześnie. A zwłaszcza piękniejsza połowa mnie idzie często spać wraz z kurami. Co prawda dzieje się tak zwłaszcza kiedy śpimy w aucie. Rytm wschodów i zachodów słońca wyznacza nam aktywności. Po pierwsze wieczorami oszczędzamy trochę energię w aucie. Pomimo że mamy dwa akumulatory i panel solarny, to jednak trzeba uważać ze zużywaniem prądu. Mamy cały czas włączoną lodówkę, ładowarki. Wieczorem zaś oświetlenie i laptopy pobierają energię.

Przejeżdżamy po drodze przez kilka większych skupisk, lokalne targowiska, markety, jak zwykle nie bardzo zachęcają do zakupów, ale na jednym z nich skusiliśmy się na rybę. Ryby nie jedliśmy już dawno…

dav

Tak, czy inaczej skoro świt ruszyliśmy by po prawie 200 km dojechać do Santa Cruz, największego miasta w Boliwii. Położone na wysokości 416m n.p.m nie dało nam zbyt dużej ulgi od upałów. Chociaż trzeba przyznać, że temperatura odpuściła, zwłaszcza w nocy. Na dodatek zrobiło się deszczowo. Przez miasto przejeżdżamy prawie tranzytem… Zatrzymujemy się na głównym placu szukając jakichś atrakcji. Jednak całość architektury nie zachęca nas do bliższego kontaktu. Chyba jesteśmy lekko znudzeni monotonnością mijanych miast. Pomimo, że Santa Cruz jest największym skupiskiem ludzi zaraz po La Paz, odpuszczamy i jedziemy kilka kilometrów poza miasto na kamping.

Pierwszy raz trafia nam się przygoda, ze w Santa Cruz nie chcą nam zatankować auta. Pytają o jakieś pozwolenie. Szlag nas trafia, ale na szczęście to było tylko tankowanie „na wszelki wypadek”, jakieś nędzne 30 litrów… ale sam akt jest denerwujący…

chamstwo w biały dzień...
chamstwo w biały dzień…

Pierwszy chyba taki nocleg w całym kraju. Dotychczas były to tylko dzikie miejsca, hoteliki i mieszkania naszych znajomych. Okazuje się, że kamping prowadzi jakiś Niemiec, który tu mieszka. Jest stosunkowo wcześnie i pomimo, że w pierwszym momencie miejsce nie nastraja mnie pozytywnie, zostajemy. Deszcz zaczyna padać coraz mocniej, więc chowamy się w Defenderze i oglądamy jakiś serial…

——————————————-