Boliwia – Dzień 267

Dzień dwieście sześćdziesiąty siódmy  17.06.2019

Rano budzi nas nieśmiało wychodzące zza chmur słońce. Nie chce nam się wstawać, bo na dworze chłodno, a to niespodzianka… Jednak zaplanowana już od wielu dni robota nie może czekać. Znaczy się gruntowne i dogłębne czyszczenie auta wewnątrz. Naprawdę nie jest dobrze. kurz i pył z drogi dostał się wszędzie. I to nie żeby tak troszkę, po prostu całe niemalże jego kilogramy wymiatamy i wydmuchujemy z każdego zakamarka. Całe śpiwory i poduszki, a nawet talerze i kubki wymagają mycia. Ja zajmuje się przednia częścią auta. Wykręcam fotele, centralny box i czyszczę wszystko dokładnie. Żona zabiera się za część „mieszkalną”. Tam jest pewnie jeszcze więcej do roboty…

Robimy małą przerwę na pogawędkę z para starszych francuzów, którzy budzą się i wychodzą ze swojego kampera. Są jedynymi oprócz nas „mieszkańcami” na kempingu. Opowiadają nam, że właściwie żyją w aucie od kilku lat, nawet we Francji. Swoje mieszkanie wynajmują, więc mogą podróżować do woli. Co prawda nie mówią po Angielsku, a ich hiszpański jest dużo słabszy niż nasz, więc rozmowa dotyczy tylko podstawowych tematów. Swoją drogą to znamienne, że większość spotkanych przez nas osób z Europy zachodniej słabo mówi po hiszpańsku, pomimo że podróżują tu długo…

małe 11

Idziemy na mały obiad do restauracyjki na powietrzu po drugiej stronie kempingu. Za w miarę rozsądne 20 BOB (11 PLN) na osobę zamawiamy danie dnia. Razem z zupa i drugim, najadamy sie nawet solidnie.

Zmęczeni tym całym przeciągającym się czyszczeniem z rozpędu zostajemy na kolejną noc. Na budynku założyli właśnie antenę do internetu, więc korzystamy trochę z niego.

——————————-