dav

Peru – Dzień 317

Dzień trzysta siedemnasty 06.08.2019

Wreszcie wyjeżdżamy z Copacabany. Z pewnym żalem, z pewnym niedosytem, z pewnym lenistwem, ale czas już wielki by się zebrać, nie można za długo leniuchować… Kierunek na dziś to Peru!!! Pierwszy raz będziemy w tym kraju, także jest nieco podekscytowania. Wyjeżdżamy z campingu po 10.00 i z trudem przebijamy się przez gigantyczne korki na głównej promenadzie nadmorskiej. Szutrowej oczywiście. Ciągle wiele aut, bo cały czas trwa fiesta poświęcona Matce Boskiej z Copacabany. Kupujemy jeszcze w ekspresowym tempie dwa pstrągi na wynos i wynosimy się z miasta, na obrzeżach dokonując zakupu za ostatnie boliviany dwóch mlek i kawałka ciasta :)

Uff. Za 8 km jesteśmy na granicy. Najpierw odprawa paszportowa boliwijska, potem odprawa auta. Możemy przejechać pod ceglanym łukiem, który stoi na granicy. Później odprawa paszportowa peruwiańska i to samo, odprawa auta, a raczej uzyskanie pozwolenia na wjazd do Peru. Zależało nam bardzo żeby uzyskać jak najdłuższe pozwolenie na pobyt. Normalnie każdemu turyście należy się 90 dni i tak też dostaliśmy dla nas. Jednak na auto chcieliśmy jak najdłużej, bo może nam sie w Peru spodoba i zechcemy tu zostać więcej…

dav

I tak oto po godzinie na granicy jesteśmy wolni. W Peru. Krajobraz ładny, jezioro Titicaca ciągle z naszej prawej. I tak jedziemy aż dojeżdżamy bez zatrzymywania do Puno, naszej dzisiejszej destynacji. Miasto jest stosunkowo duże, pełne zgiełku i gwaru. Pełne rowerowych riksz i małych tuk-tuków. Pierwsze co, to decydujemy się na hotel. W mieście nie ma campingu jako takiego, na dziko w miastach nie lubimy stać, a poza tym szukaliśmy hotelu z parkingiem, by jutro spokojnie zaliczyć pływające wyspy. Kupujemy bilet na stateczek na jutro i szukamy jedzenia… W międzyczasie trafiamy na wielki lokalny market, gdzie jest dużo ciekawych rzeczy, ale to co najważniejsze zaczyna się raj mangowy, czyli kupujemy mango. Pyszne, żółciutkie miękkie, soczyste mango. Nareszcie w raju….

dav

Kupujemy kartę do internetu, żeby mieć kontakt z rodziną i przyjaciółmi i idziemy jeszcze zobaczyć lokalną nadjeziorną promenadę. Później na główny plac, który niestety jest w remoncie, także nie uda nam się zobaczyć w pełnej krasie lokalnej katedry. A potem lądujemy w jakiejś knajpce, pizzerii, gdzie jemy – ja pstrąga, Krzysiek pizzę, która zresztą mu zaszkodzi na żołądek, który będzie mu dokuczać pół nocy. Ja zresztą obstawiam, że to jednak wysokość . Puno leży na 3827 m n.p.m.