113. Fort Nelson czyli jak spotkaliśmy Polaka w małym miasteczku

113 dzień podróży

Wczoraj wyszły nici z basenu. Za to spotkaliśmy trzech Polaków. Ale może od początku. Jak Krzysiek zaczął uszczelniać tylne drzwi, by komary nie przeciskały się przez szparę pomiędzy uszczelką a drzwiami, dodatkowo jeszcze zabrał się za przesmarowanie kalamitek, a potem zajrzał pod maskę i ku jemu zirytowaniu (to ładne słowo eufemizujące wkurzenie), okazało się, ze z sklejanego kilka tygodni temu broka, znowu sączy się płyn chłodniczy. Co robić? W Salt Lake City kupiliśmy taką część zapasowo-wymienną, ale jednak robienie tego na drodze jest co najmniej niezręczne (trzeba spuścić płyn chłodniczy). Decydujemy, by podjechać do mechanika i skorzystać z pomocy. Na aplikacji Ioverlander zaznaczone są trzy miejsca w Fort Nelson. Podjeżdżamy do wybranego na chybił trafił. Krzysiek wysiadł z samochodu, produkuje się chwilę po angielsku, a mechanik do niego – „to może lepiej przejdźmy na polski..” To Grzegorz, czyli tutaj Greg. W 1992 roku, wyjechał z rodzicami z Polski a miał wtedy 12 lat. I tak sobie mieszka, żyje, pracuje w Kanadzie.

Na szczęście znajduje czas, by nas wcisnąć w swój napięty plan napraw samochodów i umawiamy się na jutro rano na naprawę broka. Pozwala nam też spać na parkingu przy warsztacie, także na noc mamy spokojną miejscówkę w miasteczku.

Decydujemy, że podjedziemy na basen, to 2 km od warsztatu. Już mamy si szykować, idy podchodzi do nas młody chłopak z dziewczyną… TO Adam, hokeista (ukończona szkoła w Katowicach), który od razu zaczyna opowiadać gdzie byli i co widzieli, zresztą my też o to dopytujemy. Karesy w podróży, bo tak się nazywają, kupili auto w USA i podróżują od prawie roku. Właśnie wracają z Alaski. Wymieniamy się informacjami, doświadczeniami, refleksjami. Bardzo sympatyczni młodzi ludzi.

Czas leci szybko, jak się rozmawia z miłymi osobami. Ani się spostrzegamy, a jest już późno. Zegnamy się z Karesami w podróży, ale też rezygnujemy z basenu. Podjeżdżamy do skepu, kupujemy ody na wieczorny seans filmowy i jedziemy pod warsztat. Jest bardzo gorąco, pomimo że 19 auto jest mocno nagrzane, słońce wysoko (stosunkowo). Jemy lodu, oglądamy filmy, w końcu zasypiamy. Rano budzi nas pukanie do okna. To Grzegorz już przed 7 przyszedł, żeby nam zrobić tego broka. Szybciutko ogarnia temat i już po 8 jesteśmy gotowi do wyjazdu. Dziękujemy bardzo, żegnamy się i zmykamy pod visitor centre szybko zjeść śniadanie i ruszać. Dziś plan jest ambitny, chcielibyśmy dojechać do Watson  Lake . Jedziemy znowu lasy, lasy, lasy, góry doliny rzeki. I nic więcej, poza niedźwiedziem, który przechodził przez drogę…

Zatrzymujemy się około 15 i robimy ognisko, korzystając z tego, że jest piękne miejsce przy rzece a w dodatku w miejscu na ogień są jeszcze ciepłe cztery szczapy drewna. Korzystamy. Pieczemy kiełbaskę i rozkoszujemy się smakiem.

Niestety po 17 wiemy już, że nie dojedziemy dziś do Watson Lake. Super daleko, a poza tym Krzyśkowi skumulowało się dziś zmęczenie. Zatrzymujemy się nad jeziorem Muncho i zostajemy na noc.

20.06.2023