Boliwia – Dzień 231

Dzień dwieście trzydziesty pierwszy 12.05.2019

Rano budzę się całkiem jak nowo narodzony. Trochę mnie to zaskakuje po doświadczeniach poprzedniej nocy. Czyżby zastrzyk z pencyliny tak szybko zadziałał? Na śniadanie zjadam jednak jeszcze dodatkowo oprócz tabletek bułkę z czosnkiem i serem zapiekaną w piekarniku. Wyśmienite bułki mają tu w tej Boliwii. Prawie jak w Polsce. Zupełnie nie przypominają tych Argentyńskich.

Trochę po południu łapiemy taxi i jedziemy na umówione spotkanie z Frankiem. Swoją drogą fajne jest to Sucre. Taxi niezależnie od odległości jaka się jedzie kosztuje 5 BOB na osobę. Czyli  15 minutowy przejazd nas dwojga do centrum to koszt około 5 PLN. Tak to można jeździć. Tym bardziej, że miasto położone jest na wzgórzach i chodzenie po stromych uliczkach daje nieźle w kość…

Po spotkaniu z Frankiem zmieniamy lokal, bo okazuje się że ten zaplanowany jest jeszcze zamknięty. Trafimy do Holenderskiego pubu-restauracji. Zamawiamy po hamburgerze i lokalnym piwie.

dav

Sporo dyskutujemy o życiu i planach na dalsze miesiące naszej podróży. Frank jest dobrym słuchaczem. Robimy sobie krótką przerwę wychodząc na miasto. Oglądamy kilka zabytków wokół centrum, mieszkanie Franka, galerie sztuki z pracami boliwijskich artystów. A kiedy zbliża się 17 wracamy do tego samego pubu, na koncert jazzowy, który odbywa się tam co niedzielę. Słuchamy kilku utworów, ale wychodzimy w miarę wcześnie, samopoczucie nie pozwala na zbyt wiele…