Ekwador – Dzień 415

Dzień czterysta piętnasty   12.11.2019r

Wstajemy bardzo wcześnie i szykujemy się do powrotu. Wcześniej jednak Tymoteusz robi dla wszystkich pyszną jajecznicę z ogromnej ilości jajek. Zajęcia i zadania na misji są ściśle określone. Oczywiście reguluje je najbardziej rytm życia. Czasem jest jakiś pogrzeb, czasem wizyta u chorego, lub przedzieranie się przez kilka godzin przez Selve, do wioski do której nie ma drogi dla samochodu…

Żegnamy się z ogromną nadzieją, na ponowne spotkanie. Mamy plan, aby po opuszczeniu Valladolid przyjechać jeszcze tu, może na kilka dni nawet…

IMG_4076

Droga powrotna jest już trochę łatwiejsza. Znamy niektóre jej odcinki, a i deszcze mocno zelżał. Po wjechaniu ponownie w wyższe partie gór, około 2300m całkiem się wypogodziło i świeci słońce. Mijamy też sporo wodospadów. Niektóre są całkiem spore.

IMG_4109

Mijane wioski dostarczają nam też sporo atrakcji. Na przykład ciekawy sposób sprzedawania mięsa. Świnki wiszą sobie po prostu podwieszone za głowę i odcina się kupującemu wybrany fragment mięsa…

W Loja robimy ponownie przystanek na zakupy. Dziś kolacja na którą mają przyjechać poznani kilka dni temu Rosjanie z dwójką dziewczynek z wioski niedaleko Valladolid. Robimy mielone, jakąś sałatkę, brokuł i pieczemy chleb… Podpatrzyłem w Guaizimi wypiek Tymoteusza, który nam bardzo smakował.  Chwilę po 18 zjawiają się goście w powiększonym składzie o 6 osób, w tym burmistrza Valladolid i kilkoro mieszkańców. W rytm kolejnej ulewy do jakich się już przyzwyczajamy w tym rejonie, biesiadujemy rozmawiając w trzech językach. Z mieszkańcami po Hiszpańsku, z Rosjanami po Angielsku, a z Łukaszem po Polsku…

————————-