Kolumbia – Dzień 712

Dziś pojechaliśmy do miasta. Gorąca jak zawsze, odczuwalna 34, także nader przyjemne ciepełko. Chcialiśmy pojechać do dużego centrum handlowego, do którego już od dawna nie wpuszczali nas razem, bo dopatrzyli się, że numerki w paszporcie mamy różne i nie mogliśmy razem tam wejść. Od 1 września przełom, można w wiele miejsc wchodzić bez czekania na „ten dzień”, czyli przypisany do konkretnej cyfry w paszporcie. Poplątane. W każdym razie trochę pozwiedzaliśmy, zobaczyliśmy jak funkcjonują sklepy. butiki. W każdym sprzedawcy są uzbrojeni w termometr, pomimo, że na wejściu do galerii ochroniarz sprawdza temperaturę i każe zdezynfekować ręce. W kazdym, podkreślam, KAŻDYM butiku ponownie mierzenie temperatury i spryskanie rąk. Wiecie ile musieli sprzedawcy termometrów zarobić na tej pandemii?? W każdym razie najlepsze czekało nas w lodziarni, moje całkiem ulubione kolumbijskie lody to marka Popsy. Całkiem dobre, może troche za bardzo słodkie, ale w smaku ok, konsystencja i swoista jedwabistość też do zaakceptowania.

Ale sposób sprzedaży teraz przyprawił nas o palpitacje. Po pierwsze trwa to dłużej niż normalnie, po drugie, pieniądze nie przechodzą z ręki do ręki tylko przez położenie ich do pudełeczka. Sprzedawca/kasjer dodatkowo monety spryskuje płynem dezynfekcyjnym. Ok. Potem nakładają gałkę loda (tylko tyle mi wolno…) do pojemnika. Wafelki zostały zabronione przez bio protokół przeciw Covidovi. Zatem lody pakuje się do pojemniczka, który zakleja się taśmą klejącą, potem wkłada do woreczka, w którym też są umieszczane łyżeczka plastikowa i serwetki. Tak kupujesz lody. Dziś… 🙂

Dzień siedemset dwunasty – 04.09.2020

——————————–