Plany planami, a los zgotował nam na dzisiaj kilka niespodzianek. Obudziliśmy się rano, Krzysiek dalej przeziębiony, zakatarzony i trochę nie do życia. Przez godzinę zastanawialiśmy się czy wstawać, czy nie, czy jechać, czy nie. Motocykl, a w zasadzie akumulator podjął za nas decyzję. Rozładowany akumulator nie pozwolił na żaden manewr. To zepsuł się nam regulator napięcia. W akumulatorze nie zostało prawie nic elektrolitu, wyparował. Winny temu jest wspomniany regulator, w którym najprawdopodobniej spaliły się diody i podaje za duże napięcie. Postanowiliśmy kupić nowy regulator i/lub nowy akumulator. Okazuje się, że w małej mieścinie San Pedro de Atacama, nie jest to takie łatwe, ba, jest zupełnie niemożliwe. W ogóle znalezienie jakiegoś sklepu z częściami samochodowymi jest niemożliwe. Znaleźliśmy warsztat, bardziej wulkanizacyjny niż naprawczy, ale dwóch przemiłych Chilijczyków próbowało nam pomóc. Myśleli, myśleli i niewiele wymyślili. Podali nam namiar na jednego mechanika i tyle. Chcieli nam też dopasować regulator od swojego skutera, ale był tak maleńki i miał za słabą moc, żeby pasował. Przy okazji dowiedzieliśmy się jeszcze, że na trasie, którą będziemy jechać do granicy z Argentyną, roztrzaskał się na motorze Brazylijczyk. Wiemy, bo Chilijczycy na głos się zastanawiali, czy może z rozbitego BMW, który stoi, a raczej leży przy budynku odprawy celnej, nie da się wyciągnąć tego regulatora.

Nie powiem, już byłam spanikowana, że tą trasą pojadę, bo wiedzie ona przez góry i to nie byle jakie góry. Granica, którą będziemy przekraczać, jest położona na 4.230 m n.p.m.
W każdym razie regulatora brak, akumulatora brak. Jedziemy na poszukiwanie warsztatu mechanika. Nie jest to łatwe. W ogóle mamy wrażenie że to dziwne miasto, wszyscy poukrywani za swoimi bramami. Tylko niektóre sklepy i hotele mają szyldy. Inne „instytucje” są pochowane. Jeden mechanik niby jest w bramie, bo przez szpary widzimy zestawy narzędzi, niestety jest zamknięte. Kolejne miejsce, gdzie ma być szansa na zakup akumulatora – również nieczynne. Brama zamknięta.
Podpytujemy ludzi na ulicy, ale niewiele to daje. W końcu zaczepiamy motocyklistę, który akurat przejeżdża i wygląda na miejscowego (nie jest obładowany żadnym bagażem). Wskazuje nam miejsce tuż za rogiem i trafiamy wreszcie do warsztatu. Niezły bajzel, ale ma akumulatory, co prawda używane i ofiaruje się (za kasę oczywiście), że może nam naładować nasz akumulator. Zgadzamy się z chęcią, przywozimy mu akumulator i idziemy na zakupy.
Dzisiaj będziemy robić racuchy z jabłkami. Kupujemy mąkę, drożdże, jabłka. Pieczemy. Korzystamy z tego, ze w naszym hotelu jest możliwość używania kuchni. Co prawda wygląda to również na kuchnię właścicieli, ale się tym nie przejmujemy. Pieczemy pyszne racuchy i objadamy się przez długi czas.
Później krótki spacer po mieście i spokojnie wróciliśmy do hotelu, umyliśmy się i położyliśmy do łóżka. Nagle łóżko zaczyna się trząść. Myślałam że to Krzysiek, spojrzałam na niego, on na mnie – „łóżko się trzęsie” – mówię. I dopiero do mnie dotarło, że się trzęsie, ale nie łóżko, tylko ziemia. Trzęsienie ziemi! Wyskoczyłam na równe nogi z łóżka. Podłoga w prawo i w lewo się unosi. Szybko naciągnęliśmy spodnie na siebie, w tym samym momencie zgasło światło. Wyłączył się prąd w całym mieście. Wybiegliśmy z pokoju. Na parkingu stał już właściciel ze swoja żoną i dzieckiem. Nikogo więcej w tym małym hotelu nie było poza nami. Właściciel był bardzo zdenerwowany. Powiedział nam, że to się nie zdarza, żeby tutaj, w San Pedro de Atacama były wstrząsy. Jeśli tutaj są, to znaczy że są to wstrząsy wtórne, a gdzieś dalej, na wybrzeżu, było naprawdę duże trzęsienie ziemi. Dał nam diodową lampę, poszliśmy do pokoju, znowu się położyliśmy i próbowaliśmy zasnąć. Trochę było z tym kiepsko po tak niecodziennych i emocjonujących dla nas przeżyciach. Przygotowaliśmy sobie na wszelki wypadek ubranie blisko, kasę i dokumenty blisko, żeby w razie czego chwycić co najważniejsze i uciekać z budynku. Na szczęście wstrząsy się już nie powtórzyły. Spaliśmy naprawdę dobrze.




