744. Cabo czyli jest tłoczno

744 dzień wyprawy

Kolejny dzień słabo ze zdrowiem Ja to się mam świetnie, ale do czasu Po południu czuję, że coś mnie bierze. Lekko, ale jednak . Rano jeszcze jako tako odpoczywam na leżaku, rozmawiam z Kanadyjkami, które wyjaśniają mi, że teraz ich naród ma hasło: elbows up. Wzięło się to prosto z narodowego sportu – z hokeja. Kanada musi się bronić przed zakusami Trampa, który sugeruje, ze Kanada powinna być kolejnym stanem, pyzatym problemy z cłami, które raz nakłada potem znosi. No różne takie przepychanki polityczne. Nasze stanowisko jest jasne w tej sprawie i tylko podzielamy zdanie felietonisty Andrew Coyne. A tu nie miejsce i pora by się o tym rozpisywać.

Krzysiek leży w łóżku prawie cały dzień. Ja trochę leżakuje na basenie. Dzięki Magdzie mam Kindla, pożyczonego,  także uzupełniam dużo literaturowych doświadczeń. Na razie męczę (troche) Jana Pelca „Będzie gorzej”, i sama nie wiem co sądzić o tyej powieści.

Po południu jedziemy „do miasta” coś zjeść. W Cabo pełno ludzi, wybieramy dziś dosyć drogą restaurację Krzysiek wybiera steaka, ja decyduje się jednak spróbować lobster tail.

Mój wybór gorszy. Lepsze ogonki homarów robiła Iwona na wigilię dwa lata temu. Ale nie ma co narzekać. Krzyśka stek pyszny.  Idę się chwilę przejść na miasDochodzę do mariny, zdumiewa natłok turystów. Wielu Amerykanów, wielu bardzo młodych ludzi. Jest gorąco. Ale nie tak żeby umrzeć … pozwala to jednak młodym ludziom chodzić prawie nago 🙂 życie… Młodość..

marina całkiem ładna…
przypadek??? Nie sądzę…

Wracamy zmęczeni do hotelu.

12.03.2025

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.