864 dzień wyprawy
Dzień zaczął się dobrze, wszystko się poukładało. Niski mój cukier (94), kawa, wyniki tarczycowe Krzyśka (nie najgorsze). Potem pojechałyśmy z Iwoną do Gramaru. Wycyganiłyśmy tam 1000 peso rabatu za uszkodzoną ścianę przy montażu schodów. A potem zrobiłam trening z Chodakowską, posprzątałam gruntownie Luisa łącznie z myciem okien, zjadłam białkowe śniadanie, pysznego ananasa i zaczął się słabszy czas, bo Iwona pojechała specjalnie do Coronado po hak do Buicka. Na rowery. A tu nic. Nie ma tej przesyłki. Dzwonienie wobec tego po UPS, po dostawcy, i jeszcze nie wiadomo gdzie.

Ale to nic. Kiedyś się znajdzie, jakoś się to rozwiąże tylko tracimy czas i energię na to. A w Gramar piękne lustro w meksykańsim stylu, inspirowane legendą Dios del viento.
Dios del viento
W dawnych czasach Aztekowie wierzyli, że wiatr nie jest tylko podmuchem z nieba, ale żywą istotą – potężnym bogiem imieniem Ehecatl, czyli Dios del Viento. Nie był groźny, jak burza – raczej szybki, niespokojny i… nieco kapryśny. Ehecatl był posłańcem innych bogów i odpowiadał za oddech życia – to on poruszał powietrze, żeby świat się nie zatrzymał.

Według legendy, Ehecatl zakochał się w pięknej bogini miłości, Mayahuel. Ale żeby do niej dotrzeć, musiał najpierw rozwiać chmury, pokonać góry i przekonać samego siebie, że miłość nie jest słabością. Kiedy w końcu się spotkali, niebo zawirowało, a pierwszy ciepły wiosenny wiatr przeszedł przez doliny – jak pocałunek między bogami.
Do dziś mówi się, że gdy wiatr nagle zmienia kierunek, to Dios del Viento coś sobie przypomniał – może stare uczucie, może niezrealizowaną obietnicę. A może po prostu ma nas gdzieś zanieść. Tylko on wie, dokąd.
10.07.2025



