746 dzień wyprawy
Dziś wracamy do Tijuany. Wstajemy ale niemrawo Ja się czuję podle, Krzysiek też nie najlepiej. Nie wiadomo kto gorzej. Kaszel jest spory i katar nieubłagany. Jamy śniadanie w hotelu i wyjeżdżamy do wypożyczalni oddać auto i potem na lotnisko. Wcześniej trzeba jeszze auto zatankować. Tak lepiej, bo potem trzeba płacić więcej, jeśli wypożyczalnia musi tankować. Na lotnisko przyjeżdżamy trochę za wceśnie, niestety.

Ale nie ma biedy, w San Jose del Cabo wpuszczają na lotnisko bez problemu nie to co na niektórych innych lotniskach że do strefy bezpiecznej wpuszczają cię dwie godziny przed wylotem. Siadamy w restauracji Wings i jemy. Pyszny ten łosoś. Ale ani ja ani Krzysiek nie mamy wyostrzonego smaku. Ten wirus ta przytępia.



Wylatujemy z 10 minutowym opóźnieniem Lecimy około dwóch godzin. Do Tijuany przylatujemy po 19, ale zanim samolot zostanie zadokowany mija jeszcze dobrych 30 minut. Powoli wysiadamy, bo mamy miejsca w dalekich rzędach. Na szczęście Iwona na odbiera, także wszystko idzie szybko i sprawnie. Dojeżdżamy do Luiska, włączamy ogrzewanie jemy chlebek i do łóżka.
14.03.2025




