Po wczorajszej ulewie pozostały nam mokre ciuchy. Całą noc warczał grzejniczek, który dostaliśmy od pani recepcjonistki, a i tak część ciuchów nie doschła, nie mówiąc o butach, które zawilgotniały okrutnie i nie chciały być suche. Widać lubią być wilgotne. Rano pościągaliśmy wszystkie ciuchy ze sznurków (używamy gumek takich do mocowania na motor) i ruszyliśmy około 10.00. Na niebie było kłębowisko chmur, a o 12.00 wypogodziło się na dobre. Do Apostoles mieliśmy zaledwie 40 km. Zjechaliśmy z drogi nr 14, minęliśmy niewielką wioskę i zatrzymaliśmy się zrobić parę zdjęć, widoczki były ładne, obok drogi stała tablica z napisem „Apostoles – capital de yerba mate”.
Oznacza to że miasteczko to jest stolicą Yerba mate, napoju narodowego w Argentynie, Urugwaju, Paragwaju i Chile. Klimat tutaj pozwala na hodowlę krzewów mate. Jak okiem sięgnąć wokoło ogromne plantacje mate.
Tuż przed skrętem mój mąż zakrzyknął przez komunikator, że znowu nie ma hamulca nożnego. To aż niemożliwe, żeby się znowu zapowietrzył, przecież zaledwie wczoraj go odpowietrzaliśmy. A na postoju zaczął się wydobywać dym z motoru. To niecodzienne i trochę się zdenerwowaliśmy. Szybka akcja ratunkowa wyrwania przewodów z miejsca dymienia się odniosła sukces. Okazało się że zrobiło się zwarcie w kablach elektrycznych od włącznika światła stopu nożnego hamulca. Najprawdopodobniej spowodowane to było wczorajszą całodzienną jazdą w deszczu. Nadszarpnięte zębem czasu kable, skorodowały i przy czujniku zrobiły zwarcie. Szybko i sprawnie zaizolowaliśmy prowizorycznie kabelki, ale przy okazji wykryliśmy większy problem. Wytworzona z powodu zwarcia temperatura stopiła fragment mechanizmu włącznika stopu i zaczął wyciekać płyn hamulcowy. Mamy w jednym motorze tylko przedni hamulec. Trzeba znaleźć warsztat jak najszybciej i problem załatwić. Pomimo wymiany klocków – hamulca nożnego brak. Całe szczęście, że jest jeszcze przedni (ręczny).
Dojechaliśmy do Apostoles. To polska kolonia, na początku XX wieku osiedlało się tu wielu Polaków. Na sklepowych reklamach widzimy wiele polskich lub polsko brzmiących nazwisk. Niestety, żadnego Polaka nie spotkaliśmy.
W centrum miasta zaparkowaliśmy przy kościele katolickim. Obok kościoła stoi pomnik upamiętniający odzyskanie przez Polskę niepodległości po I Wojnie Światowej, gdzie znajdujemy polskie inskrypcje. Obok Krzyż, gdzie również po polsku są wyryte zdania.
Niestety, kościół i plebania są zamknięte (pomimo, że dziś niedziela). Próbujemy się „dostukać” i „dodzwonić” na plebanię, niestety nikt nie otwiera. Trudno. Pomimo, że spotkana przy kościele Argentynka potwierdza, że jest na plebani polski ksiądz (padre Francesco), to niestety nie udaje nam się go spotkać.
To co nas uderza to tablica ogłoszeń parafialnych. W szklanej gablotce oprócz tradycyjnych informacji znajdujemy tej krótkie sprawozdanie o dochodach kościoła, a także o wydatkach. Ciekawe…
Podjechaliśmy na stację benzynową YPF, w długiej kolejce wystaliśmy się po paliwo, przy okazji rozmawiając trochę z ludźmi, którzy zwykle nas zaczepiają. Wyglądamy chyba egzotycznie, z tymi motorami obładowanymi jak osiołki.
Jeden człowiek mówi coś do nas łamanym polsko/ukraińskim językiem. Niestety, to jest to, co przypuszczaliśmy. Tutaj żyją już dzieci, wnukowie emigrantów. Język prawie całkowicie ulega zatraceniu, zapomnieniu. Nie używany język ginie.

Do Apostoles przyjechaliśmy nieprzypadkowo. W tym mieście, a właściwie kilka kilometrów obok znajduje się słynna wytwórnia Yerba Mate – Amanda. Sama firma nazywa się Cachuera, co oznacza mały wodospadzik, strumyk wartko płynący. Firma powstała prawie 100 lat temu, a założycielem jej był Jan Szychowski, a raczej Juan Szychowski, który przyjechał do Argentyny wraz z rodzicami w 1900 roku. Miał wtedy 11 lat.
W ciągu całego swojego życia udowodnił jak polski duch może zaistnieć w świecie. Swoją determinacją i ciężką pracą stworzył wielką firmę uprawy i przetwórstwa yerba mate.
Ten zdolny człowiek skonstruował przeróżne, pionierskie jak na swoje czasy, maszyny, żeby tylko usprawnić pracę swojej fabryki. Wykorzystał nawet miejscowy strumień i wybudował kanał, a doprowadzona woda, napędzała urządzenia do mielenia i sortowania ryżu.
Dzisiaj na własne oczy mogliśmy zobaczyć jego dzieła, gdy odwiedzaliśmy mieszczące się tuż przy fabryce Muzeum, poświęcone Juanowi Szychowskiemu. Sama obecność w muzeum była dla nas dosyć wzruszająca i poruszająca. Po pierwsze widać niezaprzeczalne ślady polskości, jak wyhaftowany obraz orła białego, czy biało czerwone flagi. Po drugie zgromadzone pamiątki po rodzinie Szychowskich robią duże wrażenie, są to między innymi polskie książki z lat 20-30 ubiegłego wieku, stare dokumenty fabryki, prowadzone przez Juana Szychowskiego czy zdjęcia rodzinne.
Zadziwiające są też maszyny, które oglądamy. Wiele z nich funkcjonuje do dziś, a największe wrażenie robi na nas wykorzystanie przez Szychowskiego strumienia wody do napędzania maszyn. Specjalnie skonstruowana tama, zamykana dosyć prostym, ale jakże zmyślnym mechanizmem, działa do dziś i powoduje dumę, że Polak w dalekim kraju potrafił zrobić użytek ze swojego geniuszu inżynierskiego (pomimo, że nie ukończył żadnych studiów w tym kierunku).
Dziś firma Szychowskiego, prowadzona przez jego wnuków jest czwartą co do wielkości na świecie firmą, produkującą Yerba Mate.
Muzeum piękne i poruszające. Na koniec pijemy yerba mate, oczywiście kupujemy cały zestaw (a to się Łukasz ucieszy!), poznajemy różnicę pomiędzy różnymi rodzajami mate i radujemy oczy wszystkim naokoło, bo okolica jest przepiękna. Oprócz strumienia, szerokości około 2 metrów i przerzuconych przez niego dwóch półokrągłych mostków dookoła dużo zieleni, dominują drzewa liściaste, choć bardzo wiele jest też iglaków.
Muzeum piękne, ale najpierw trzeba było do niego dotrzeć. Wiem, że nie trzymam się chronologii, ale cóż… wiedzieliśmy (bo sprawdziliśmy w Internecie), że Muzeum Jana Szychowskiego jest 12 km od Apostoles. Wiedzieliśmy też, że przynajmniej 6 km trzeba pojechać boczną, najprawdopodobniej szutrową drogą. Nie pomyliliśmy się. Musicie wiedzieć, że jesteśmy już w prowincji Misiones, która słynie ze swojej tierra colorada, czyli ziemi, która ma kolor dosłownie czerwony. Jest bardzo gliniasta i najprawdziwszą się mieni czerwienią, a od czasu do czasu wpada w lekkie brązy.
Kto śledzi nas uważnie, dokładnie wie, że wczoraj padało. Padało cały dzień. Nie muszę więc opisywać, jak wyglądała droga do Muzeum Szychowskiego. Wyglądała nie najgorzej. Ruszyliśmy z asfaltu w prawo, tuż przy tablicy reklamowej. Duże rozstrzelone litery loga Amanda, czyli marki yerba mate, produkowanej przez firmę Szychowskiego. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zaczęły się kałuże, coraz większe garby, wyżłobienia w drodze i wszechogarniająca płaszczyznę gliniasta ziemia. Jechaliśmy po śladach kół samochodów, gdzie teren wydawał się najbardziej ubity. To co było poza śladami kół, wyglądało jak błotnista maź i takie właśnie było. Kleiła się do wszystkiego, a próba postawienia na niej nogi kończyła się poślizgiem. Staraliśmy się jechać ostrożnie. Bardzo ostrożnie. Nie na wiele się to zdało, bo tak czy inaczej koło motoru poślizgnęło się w błocie i zaryło się, przewracając na lewy bok. No bo jakże trudno jest utrzymać tego 200 kg kolosa w pionie, kiedy dookoła ślisko i błotnisto, a koła tańczą niczym na lodzie.
W każdym razie sytuacja wyglądała tak, że jeden motor leżał i trzeba było go z tego błota podnieść. Nie było to proste, dźwignąć 200 kilo i nie poślizgnąć się na śliskim błocie. Ale przyszedł Mc Gyver i to uczynił, z moją drobną pomocą.
Cała lewa nogawka spodni w brązowym błocie, zgięty gmol przykleszczył przewód płynu chłodzącego przy pompie. Naciągnął opaskę i zsunął trochę wąż. Dobrze, że nie uszkodził obudowy pompt płynu chłodzącego… Na szczęści nie było wycieku. Ale gmol wygięty. Niedobrze. Co robić.
Tuż obok był malutki kościółek (kaplica Miguela). Wiele się nie zastanawiałam, idę tam. Kościółek oczywiście zamknięty. To dosyć normalne w Argentynie. Tuż obok jednak dobiegają mnie jakieś hałasy. Podążam za nimi. Nie minęły trzy sekundy, a już otoczyło mnie trzech dziwnych mężczyzn, coś tam bełkoczących. No Polacy, jak Boga kocham. Oczywiście już w trzecim pokoleniu, więc słowa nie potrafią po polsku. Dodatkowo pijani dosyć mocno, a musicie wiedzieć, że to niezwykłe w Argentynie. Przejechaliśmy już około 16 tysięcy kilometrów po tym kraju, a są to pierwsi nietrzeźwi, których widzę. No, może drudzy…
Mówiąc szczerze trochę się wylękłam, ale zaraz patrzę, gruby drąg leży w trawie, to biorę go do ręki i tłumaczę, że potrzebuję taki sam, tylko metalowy, bo mi się motor zepsuł. Trochę wzięłam też tego kija dla obrony, gdyby nie daj Boże coś, bo to że jesteśmy tuż obok kościoła może nie zadziałać.. zwłaszcza, że kościół zamknięty.
Ale faceci ciągną mnie tuż obok, do domostwa. Tutaj znajduje trzeźwego, który wygląda jak mechanik samochodowy. Grzebie coś w środku w silniku. To mu tłumaczę, co potrzebuję, a on idzie ze mną na drogę, do motorów. Nietrzeźwi niepewnym krokiem podążają za nami.
Mechanik popatrzał, popatrzał, po czym niczym nie zmieszany walnął się na drogę i zaczyna ciągnąć gmola, by go naprostować. Siedział tak na drodze pełnej czerwonej, gliniastej mazi, a ja myślałam tylko o tym, jak jego żona sobie radzi z praniem…
Na szczęście poszło gładko. Krzysiek asekurował motor, żeby się nie przewrócił, chłop prostował gmola, popatrzeli razem na przewód, wszystko gra. Możemy na razie jechać dalej. Buty całe w błocie, umazane spodnie, ale nic, jedziemy. Jeszcze moment (dwa kilometry) i byliśmy w Muzeum, gdzie naprawdę wrażenia mieliśmy niepowtarzalne.
Droga powrotna trwała dwa razy dużej, bo jechaliśmy dużo wolniej i znaczną część asekurowaliśmy się nogami, by znowu motor się nie przewrócił.
Dojechaliśmy ponownie do Apostoles i skierowaliśmy się na drogę nr 14, na Oberę. Jechaliśmy prawie 80 km, a krajobrazy zapierały dech w piersiach. Droga jest taka jakby pofalowana, raz lekko w górę, raz lekko w dół. Nowiutki asfalt, także gładko przemieszczaliśmy się, podziwiając fantastyczne widoki. Jeszcze na drodze do Apostoles widzieliśmy tablicę z dużym napisem: „oddychaj głęboko. Strefa lasów”. I coś w tym jest. Nie dziwimy się, że te rejony wybrali polscy osadnicy. Jest tu przeogromna ilość lasów, które widać jak na dłoni, gdy się tak jedzie drogą, raz w górę, potem znowu w dół. Droga którą jechaliśmy jest też miejscami jakby wykuta w dwu, trzymetrowych skałach, po których sączy się woda, a czasami nawet drobnym strumieniem spływa w dół. Piękne. Cudowne, niezapomniane.
W tych pięknych okolicznościach przyrody dojeżdżamy do Obera. Długo nie szukamy. Jesteśmy już zmęczeni i głodni. Co do głodu to męczy nas czasem, bo nie możemy przestawić się na argentyńskie pory jedzenia. Mieszkańcy jedzą tutaj skromne śniadanko, zwykle kawka i coś słodkiego, na przykład słodki rogalik (medialunas), potem obfity wczesny obiadek, tak miedzy dwunastą o najpóźniej piętnastą, ale zwykle raczej do czternastej. A później dopiero o dwudziestej, dwudziestej pierwszej. Oznacza to, że jeśli nie zjemy do 14.00 czegoś treściwego, to później już tylko zostają nam zapasy, które mamy, czyli zwykle bułki, masło i żółty ser (no, i marchewka).
Dziś mamy szczęście. Znajdujemy po przyjeździe do Obera niedrogą Cabana (domek letniskowy z kuchnią, zwykle z pełnym wyposażeniem). Krzysiek jedzie na miasto, ja czyszczę wszystko z błota. Odkrywam też rzecz straszną. Moja sakwa, w której wożę zwykle swe ubrania, nosi ślady przetarcia zdobyte jeszcze 10 tysięcy kilometrów wcześniej, podczas pierwszego upadku w Rio Grande. Przetarcia niestety są na tyle duże, że podczas wczorajszego deszczu trochę wody dostało się do środka. Sakwa generalnie jest nieprzemakalna, wewnątrz znajduje się taki nieprzemakalny worek. Do niego przedostała się woda i część rzeczy w sakwie jest cała mokra, a przynajmniej wilgotna. Nie ma wyjścia. Opróżniam sakwę, wieszam wszystko na linkach, może choć trochę przeschnie.
Później już gotujemy. Krzysiek kupił polędwicę (lomo) wołową, smażymy steki i zajadamy aż się nam uszy trzęsą. Do tego sałatka z papryki czerwonej i już jest ekstra.
Właścicielka cabanasa jest Argentynką, o korzeniach polsko, ukraińsko, rosyjskich. Przychodzi do nas jej ojciec, chwilę porozmawiać i tak kaleczymy języki posługując się mieszanką polskiego, ukraińskiego, hiszpańskiego i rosyjskiego. Dostajemy jeszcze pomarańcze i urządzenie do koktajli. Dziś życie ma sens. Jak zawsze…
Argentyna nie przestaje mnie zadziwiać. Wyobraźcie sobie że w żadnej dotychczas spotkanych łazienek nie ma wentylacji. To znaczy jest, okienna. Ale jak zamkniesz okienko to nic z tego. Dziś właśnie taka przyjemność mnie spotkała. Prysznic z myciem głowy (bo już czas był najwyższy!!!) zakończył się brakiem widoczności w łazience, taka była para wszędzie…










