Moje biodra wołają o pomstę do nieba. Zdecydowałam, że będę mniej jeść, ale jak tu nie jeść, jak Salvadore wchodzi na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych. Co prawda gotuje tylko z tego co ma, ale to co przyrządza da się zjeść, a do tego jest tego dużo. Bo niby jest mało na talerzu, ale są pełne trzy dania – zupa, mięso, coś tam, np. sery czy sałatka. I owoce. I kawa. I tak w sumie trzy razy dziennie oprócz śniadań, kiedy to człowiek zjada pyszne, jeszcze ciepłe, świeże bułeczki z dżemem (bo ta wędlina co ewentualnie jest to słabo…). No dramat, dramat. Boję się wchodzić na wagę, której zresztą nie ma. To znaczy jest, któryś z oficerów ma w kabinie (widziałam !!!), ale przecież scen nie będę robić. W każdym razie już z niecierpliwością czekam, kiedy stąd wyjadę (wyjadę na motocyklu) z tego statku, bo naprawdę, naprawdę szkoda słów. I ciągle stoimy. Nic się nie dzieje. Czekamy. Na redzie. Ostatnie informacje mówią, że jutro w nocy wpłyniemy do Zarate. Oby…
Dziś w nocy przestawiamy zegarki o godzinę. Będziemy zatem o 4 godziny do tyłu, w stosunku do Polski.



