Ekwador – Dzień 463

Dzień czterysta sześćdziesiąty trzeci – 30.12.2019

Z Guayzimi jedzie się półtorej godziny do wioski Shaime, gdzie rzeka rozkopana jest przez poszukiwaczy złota. W wodzie i na brzegu stoi kilka koparek, które pozwalają inwestorom przekopywać tereny rzeczne.  Z Shaime aby dotrzeć do Chumpianz (w googlch oznaczone jako Chiumbiaz)  trzeba przedzierać się trzy godziny przez dżunglę. Najpierw wspina się przez górę i dochodzi do mostu na rzece Chumbiriaza. Jeśli ma się szczęście czekają na ciebie Chumpiansi ze swoją wąską łódką z balsy, którą przez 20 minut płynie się w górę rwącej, żółtawej rzeki, gdzie nurt jest tak silny,  że woda wdziera się po bokach do łodzi. Można by to tak wszystko już zostawić i nie pisać więcej, ale to nie będzie nawet cząstka tego, jak to naprawdę wygląda. Chumpianz to wioska, do której można dotrzeć tylko pieszo, drogą która zajmuje minimum trzy godziny. Tą drogę często, a nawet bardzo często trzeba pokonywać w deszczu, trzeba ją pokonywać pod górę, w korycie wąskiej rzeki. Deszcz pada w Amazonii częściej niż mogłoby się nam wydawać.

W dżungli idzie się mega, mega ciężko. Bardzo ciężko powiedzieć to naprawdę nie powiedzieć nic. Wydaje się że trzy godziny marszu, intensywnego marszu, to nic takiego, nawet jak idzie się pod górę… najgorzej idzie się w błocie, które praktycznie jest cały czas.

Most do którego docieramy wisi, przerzucony nad rwącą rzeką, ma deski nie szersze niż 60 cm. Wiele z nich ze starości, z wilgoci nie wytrzymało i stworzyło ażurowe dziury w moście. Dziurawy most, uważaj, patrz pod 24 km trzeba przejść w wielkim deszczu i w gigantycznym błocie.

oponeo94

To jest najgorsze. Co boli. Na pewno bolą grzbiety stóp, bo najbardziej pracują, kiedy gumiaki wyciągasz z błota, kiedy próbujesz zrobić kolejny krok. Co jest ważne w wyprawie do Chumpianz. Po pierwsze weź gumiaki, które pasują do twoich stóp, nie za duże, inaczej  będziesz cały czas borykał się z problemem wyciągania kalosza z błota. Samego buta, bo twoja stopa już dawno powędruje dalej, czyli skarpetki na sto procent masz już mokre i utytłane w błocie. To pierwszy ważny element wyprawy do Chumpianz. Druga rzecz nie zapomnij o energetycznych cukrach, które są niezbędne w tej wyprawie. O ile cola to trucizna, tak w tej mordędze uratowała mi życie. Oczywiście trzeba coś mieć do jedzenia, ale akurat w tej wyprawie wystarczyły  tamales, czyli mielona kukurydza z kurczakiem, zawinięta w liście kukurydzy, trochę ciastek i słodkie bułki z piekarni w Guayzimi. Zjadliwe, a ich jedyna zaleta to kalorie i cukier, które pozwoliły przeżyć. Kolejny element. Bielizna i ciuchy na zmianę. Pierwszy etap naszej wyprawy był niezmiernie trudny, potem było już tylko gorzej. Czytaj trudniej. Po 10 minutach wędrówki, doszliśmy do pierwszej przeprawy na rzece. Nadeszła chwila prawdy, musieliśmy podjąć decyzję co robimy, czy idziemy dalej, czy już na starcie rezygnujemy. Ale nie, w nas była wola dotarcia do Chumpianz/ Poza tym mieszkańcy jeśli coś potrzebują do wioski muszą pokonać trzygodzinną trasę w błocie i pół godziny łodzią. Wszystko. Czegokolwiek nie potrzebują… trzeba przynieść na plecach, jedzenia, desek do budowy domu, garnków, ciuchów, świeczek. W wiosce nie ma prądu. Nie ma telefonów, nie ma niczego, co choć trochę przypominałoby cywilizację… może trochę faktycznie ubrania są z naszej epoki, bo zdawać by się mogło, że będą tam biegać w liściach palm oplecionych na biodrach. Nie. Ciuchy każdy ma współczesne. Generalnie mają wszystko, czego potrzebują. A wszystko czego potrzebują mogą przynieść w plecakach z oddalonej o 3 godziny wioski Shamie, gdzie jest już droga szutrowa do miasta, gdzie są dwa lub nawet trzy sklepy.

oponeo102 oponeo104

Podejmujemy decyzję, by iść dalej. Marlon znajduje gruby kij, przerzuca go przez wąską rzekę i przechodzimy, by za kolejne 7 minut dotrzeć do drugiej odnogi rzeki. Tym razem jest dużo szerzej, nie można niczego przerzucić przez dwa brzegi, jest też o wiele głębiej. Nie jest tak, że w kaloszach przejdziesz rzekę. To znaczy przejdziesz, ale woda wdziera się do kaloszy, a później oplata, nawet dosyć ciepłym strumieniem uda i sięga do ich złączenia {bo jak to inaczej napisać???}. przekraczamy rzekę, Marlon krzyczy „uchuuuu, aventura” Jest bardzo entuzjastycznie nastawiony, co działa pozytywnie na całą naszą grupę. No dobra, ruszamy dalej, przed nami kolejne ponad dwie godziny marszu. Ciągle podmokło, ciągle mokradła i trawy, gdzieniegdzie deski poprzerzucane  przez siebie na ścieżce, w większości jednak miejsc błoto. Dzielnie idziemy dalej, jeszcze nie wiem, ale najgorsze dopiero się zacznie. To nic, że mam mokre spodnie aż po  biodra, to nic, że w gumiakach mokro, to nic. Najgorsze, że zaczyna się quebrada. Duża, porządna. Wielkie wzniesienie, które trzeba pokonać w błocie, gdzie gumiaki grzęzną i nie da się nogi wyciągnąć. Gdzie wkładasz cała swoją energię na zrobienie kroku, a tych kroków potrzeba bardzo, bardzo dużo. I jeszcze jest pod górę, dosyć ostro. Oczywiście ponieważ to Amazonia, więc wiadomo że będzie padać. Pytanie tylko kiedy. No właśnie teraz jest czas, więc zaczyna najpierw nieśmiało, potem już lać. Pada naprawdę… ubieramy kurtki przeciwdeszczowe które mamy w swoich plecakach, ale mija kolejne dwadzieścia minut i czuję, że moja koszulka jest cała przemoczona. Spodnie już od dawna mam mokre, więc nieważne.  Przez kolejną godzinę idziemy pod górę, gdzie jestem już cała czerwona na twarzy, nie mogę złapać tchu i muszę co kawałek odpoczywać. Marlon dzielnie minie pociesza i motywuje do dalszego wysiłku, a Tymon podaje co jakiś czas, że jeszcze półgodziny, jeszcze piętnaście minut i będzie refugio. W górskich rejonach Ameryki Południowej, w Argentynie, Peru czy nawet w okolicach Chimborazo w Ekwadorze refugio oznacza mały, lub trochę większy budynek, gdzie utrudzeni wędrowcy, podróżnicy, turyści, travelerzy, mogą odpocząć. Zwykle to budynek gdzie jest zadaszenie. Więc marzę. Że tam odpocznę. Tymon widząc moją formę, a raczej jej brak, patrząc na moją twarz zaczyna przebąkiwać, że może ja i Marlon zostaniemy w refugio i odpoczniemy, poczekamy, a on za trzy godziny po nas wróci. Widzę jego wątpliwości. Wiem, że go spowalniam, że gdyby nie ja to by szybciej poszedł i tym samym szybciej wrócił.  Dochodzimy więc do refugio. Patrzymy z Marlonem po sobie, on tego nie daje poznać, ale we mnie rozczarowanie jest tak wielkie, że nie potrafię wydobyć słowa. Refugio to miejsce na szczycie góry, w środku dżungli, gdzie konar i deska pełnią rolę ławki, na której można usiąść. Teraz, w tych warunkach, wszystko jest mokre, a deszcze siąpi bez przerwy. Uff. Piję colę jem wafelki, potem cukierki, potem tamales. Czuję jak wraca energia. Nie. Nie poddam się. Dojdę dziś do Chumpianz. Dam radę. Posilone ciało może iść. Komórki dostają impulsu. Na szczęście droga jest teraz ostro w dół. Oczywiście jeszcze o tym nie wiem, ale jutro będzie to skutkowało przeraźliwym bólem kolan, który minie w ciągu dwóch dni, ale teraz cieszę się, że idziemy w dół. Naturalnie, wiem, że jeśli teraz jest w dół, to znaczy że w drugą stronę, będę musiała to strome teraz zejście pokonać w górę. Na razie jednak idziemy, przekraczamy kolejne małe rzeczki, a |Tymon i Marlon co jakiś czas pohukują „uchuuuu” i „juchuuuuuu”. Z pół godziny wiem już dlaczego. Kiedy słyszę obcą odpowiedź „uchuuu”, dobiegającą z daleka, gdzieś tam, przebijającą się przez coraz bardziej wzrastający szum rzeki, wzbiera we mnie radość. Ogromna. Nigdy nie myślałam, że się tak ucieszę na widok dwóch Ekwadorczyków w żółtych kaloszach. Dochodzimy do mostu zawieszonego nad rzeką… część desek mocno spróchniała. Niektórych nie ma. Ale pozostałe trzymają się mocno, wiec przechodzimy przez most, szczęśliwi, bo jest łódź i możemy nią płynąć zamiast iść kolejną godzinę przez dżunglę.  Jest radość… łódź jest zrobiona z balsy, widać że dawno temu. Wąska, o zaokrąglonych burtach, długa na kilka metrów. W środku dwie wąskie ławeczki, tak wąskie, ze dwie osoby gdy na niej siedzą, czują się wyraźnie na całej długości uda, ramion, gdzie wszystko jest mokre. Mokre. Mokre. Łódź z silnikiem motorowym. To po to tachaliśmy tu pięciolitrową butelkę z paliwem. Do wioski wszystko trzeba przynieść.

oponeo103

Najgorsze jest to, że nurt jest bardzo silny, stojący na dziobie łodzi Ekwadorczyk długim kijem sprawdza kamieniste dno, czy nie zawiśniemy… czy nie będziemy musieli wysiadać. Najgorsze jest to, że woda wdziera się do łodzi, bo takie są wysokie fale, a łódź rozbija je zalewając nasze uda. I jeśli się uda to także przedramiona.

Gdyby nie deszcz to widzielibyśmy jak malownicza jest rzeka i okalająca ją dżungla. Mijamy piękne wodospady, dookoła zielono i naprawdę niesamowicie. Ale nie ma co się rozglądać. Człowiek walczy tylko z tym, żeby łódź się nie wywróciła, balansując w miarę przechyłu  bocznych burt na obie strony.

Dopływamy w końcu do wioski. Witają nas już dzieciaki, które z daleka usłyszały hałas motoru w łodzi. Dochodzimy do wioski, w dalszym ciągu siąpi deszcz. Już tak nie leje… Najbliżej rzeki posadowiony budynek to lokalna kaplica, świetlica i miejsce spotkań mieszkańców Chumpianz.  W środku plastikowych Stoły i krzesła. Za chwilę schodzą się mieszkańcy. Dziś cztery chrzty. Do wioski misjonarz dociera raz w miesiącu. Choć biorąc pod uwagę drogę, jaką trzeba przebyć, to i tak wyzwanie. Co jest najgorsze? Że ażurowe, zbudowane z desek ściany budynku, pozwalają na swobodny przepływ powietrza. Oznacza to że w pomieszczeniu hula wiatr, który jest potrójnie odczuwalny, gdy masz na sobie mokre ciuchy. Zdjęliśmy kalosze, jesteśmy boso, skarpetki, koszulkę można wyżąć i poleci woda. Proszę jakąś kobietę, by przyniosła mi, pożyczyła spodnie  na przebranie. Na godzinę mam suche spodnie (choć bieliznę mokrą…). Tymon spowiada ludzi, potem odprawia mszę i chrzest. Po obrzędach mieszkańcy zapraszają nas na poczęstunek. Stół który służył jako stół eucharystyczny tym razem zamienia się w biesiadny. Mieszkańcy przynoszą trzy wielkie gary, w nich rosół, yuka i chicha. Najpierw jemy rosół na kurach, które mieszkańcy hodują. Yuka też jest uprawiana na miejscu. Dzięki temu, nie trzeba tego przynosić, podobnie jak kukurydzy, która jest głównym składnikiem chichy. Rosół jest zimny. Co może być gorszego od zimnego rosołu? Niesłony zimny rosół… W środku pływa część kury, ale niestety sposób gotowania w Ekwadorze jest taki, że surową kurę (lub jej części) wrzuca się do wrzątku i trochę gotuje. Dzięki temu zachowuje ona swoją twardość i sprężystość mięsa. Oznacza to, że większość kur, jakie jedliśmy w Ekwadorze, jest zdecydowanie trudna do pogryzienia. To nie polska tradycja wolnego gotowania kury do miękkości…

oponeo110 oponeo108 oponeo105

Rosół zagryzamy yuką. W Ekwadorskiej Amazonii yuka ma dwie odmiany (przynajmniej dwie) biała i żółta. I ta żółta jest lekko łykowata, ale też smak lekko słodszy, niż biała. Rosół jemy zatem w akompaniamencie yuki. Tymon tylko udaje że je, za chwilę odda swój prawie pełny talerz dziecku. Ja jestem dzielna, a poza tym chyba też głodna.  Zagryzam yuką i tak sobie tylko myślę, jak skromne życie wiodą mieszkańcy Chumpianz, jak prosto i trudno jest tu żyć. W czasie mszy i obiadu nie pada. Nawet wychodzi słońce. Jest ciepło, ale czas nie jest wystarczający na to, żeby wyschły mi spodnie. Na szczęście wzięłam skarpetki na przebranie, także w kaloszach będę mieć sucho. Przynajmniej tak myślałam. Myliłam się. W drodze powrotnej, gdy wysiadamy z łodzi, wpadam w głęboki dół w rzece i znowu moje kalosze napełniają się wodą, którą na brzegu wylewam z każdego gumiaka, klnąc. I jedno wulgarne słowo już mnie nie opuści aż do powrotu do samochodu, który zostawiliśmy w Shaime, do którego od miejsca przy moście, gdzie wysiadamy z łodzi, są trzy godziny drogi. Przez błoto. Deszcz nasila się, by po jakiejś godzinie ustać zupełnie. Wychodzi słońce. W sumie to jeszcze gorzej, bo zaczynają ciąć komary. Repelent to niezbędny element wyposażenia na wyprawę do dżungli. Ale trzeba go użyć przed, a nie po ugryzieniu komara. Dwa komary gryzą mnie w grzbiet dłoni, który potem dwa dni pozostaje napuchnięty. Ot, rubia (blondynka…)

Ledwo dochodzę do auta. Nogi bolą niemiłosiernie. Dokucza kręgosłup. Ale w głębi duszy jestem przeszczęśliwa, że podjęłam to wyzwanie, że to zrobiłam, że mi się udało. Że pokonałam wszystkie trudności i dałam radę. Pomimo absolutnego trudy. Pomimo samochodowego trybu życia.

oponeo18 oponeo22 oponeo23 oponeo26

Kto nie był w wiosce, oddalonej o trzy godziny marszu, w błocie, deszczu i pod górę, nie wie co to życie w Amazonii.

———————–

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.