866 dzień wyprawy
co za dzień, co za dzień. Od rana dużo załatwiania. Ogarniam leki dla męża, bo jednak zadecydował, by powtórzyć tą kurację na SIBo. Co za tym idzie lecę do apteki. Jedna, druga, trzecia, Integra, Roma, Gusher, Ahorro. Wszędzie to samo. Albo drożyzna, albo nie ma. Potem okazuje się, że potrzebuję recepty. Co robić? Na szczęście przy aptekach w Meksyku często przzyjmuje lekarz i natentychmiast wypisuje receptę za drobną opłatą. W moim przypadku za 90 peso, czyli jakieś 5 dolarów. Biorę. Lekarz mówi mi, że jest dziś pierwszy raz i nie ma swoich druków recept. Mówi, że wypisze mi ręcznie. Zgadzam się, płacę…


oczywiście w aptece (dwóch!!!) okazuje sie ze mogę sobie tą receptę zwinąć w rulonik i wcisnąć wiadomo gdzie. Ale na pewno nie kupię leków dla męża. Wracam do doktora. Nie robię awantury, tylko mówię działaj jakoś chłopie. Lekarz znajduje jakiś bloczek zapasowych recept swojej koleżanki w szafce Wypisuje ponownie receptę, wracam do apteki, kupuje leki, magnez i cynk. Uff. Potem załatwianie spraw jeszcze w Aries, jakieś podłączenia wody dla Iwony. Potem szybko ycie głowy, pranie, takie tam, przygotowania do wyjazdu. Robię obiad, dziś łosoś i wreszcie wraca Iwona . Niestety nie ma haka do Buicka. Coś się stało i zamówiony egzemplarz od środy nie dotarł na Coronada. Trudno. Musimy coś innego wymyśeć, a teraz póki co czekać do poniedziałku
Jedziemy na drinka do Hotelu Bellafer. Pełno sztucznych kwiatów, margerita i woda.

W takzwanym międzyczasie znajduję jeszcze czas na godzinne spotkanie z Madzią. wyjaśniamy trochę kwestii i żegnamy się na jakiś czas. Chyba Boże Narodzenie znowu razem. Czy tak będzie, czas pokaże… Jutro wyjazd. Niech się już nic nie zmienia.

12.07.2025



