Dzień czterysta pięćdziesiąty – 17.12.2019
Rano śniadanie jemy z Joanną i jej mężem, sałatkę z tuńczykiem, Rukola z pomidorem, rzodkiewki, ogórek, jednym słowem samo zdrowie. Siedzimy jeszcze do 10.00 dużo dyskutujemy o różnych sprawach, aż w końcu finalnie zbieramy się i ruszamy w stronę Baños. Mówią, że to jedna z najbardziej znanych miejscowości w Ekwadorze, gwiazdeczka. Nie wiemy do czego to porównać, może trochę do Zakopanego, może do Szklarskiej Poręby. A z drugiej strony raczej coś na kształt Łeby albo Ustki, tylko morza brak…W każdym razie to położone w górach, około 2500 mnpm. Góry dookoła przepięknie skąpane w słońcu, piękne doliny, od czasu do czasu zza mutr wyłania się wulkan Tungurahua. Baños jest niezwykle turystyczne, dużo białych, dużo ludzi z plecakami. Zwiedzamy najpierw trochę miasteczko, jemy obiad, tym razem niezwykła zupa z krwią, czyli z kaszanką. Krzysztof tradycyjnie rosół. Potem jedziemy zobaczyć domek na drzewie, wysoko w górach, i pobujać się na huśtawce. Czytałam o tym miejscu. Wpisałam go na listę miejsc, które muszę odwiedzić… Chciałoby się napisać, że jest ekscytujące i niezwykłe. Robi wrażenie to pewne, ale nie aż tak bardzo, jak dwa lata temu, kiedy oglądałam zdjęcia i marzyłam żeby tu być. Marzenia się spełniają… Śpimy za trzy dolary pod casa del arbol. Parking, gdzie możemy być sami w nocy, ale z dostępem do toalety w bliskiej restauracji, żywego ducha nie ma, ale pan zostawił nam otwarte drzwi do toalet.
——————————–







