Dzień czterysta siedemdziesiąty – 06.01.2020
Wyjeżdżamy z Guayzimi. Brzmi to trochę przygnębiająco, z drugiej strony jednak ambiwalentnie, ale tego tematu nie będziemy teraz rozwijać i pewnie nigdy na tym blogu… Pozostanie to naszą słodką tajemnicą (i tajemnicą Augustyna i Tymona), dlaczego trochę z chęcią stąd wyjeżdżamy. W każdym razie wyjeżdżamy, żegnając się serdecznie z misjonarzami. To wspaniali ludzie, ciekawe miejsce i dużo jeszcze superlatyw można by napisać. Oczywiście ściskam się mocno z Beatriz (Bacha), która tu moim całkiem dobrym duchem była, oczywiście tylko w dni robocze…
Po około 150 km mamy problem! Krztusi nam się silnik, traci moc. Biały dym leci z rury wydechowej… Co robić? Pogoda piękna, a my zwalniamy, bo auto niestety nie chce jechać. Po ponownym uruchomieniu silnika jedzie, ale za jakieś parę kilometrów znowu traci moc. A przecież problem wydawał się być rozwiązany w Guayzimi, po gruntownym wyczyszczeniu układu paliwowego!
W Logroño decydujemy się rozkręcać układ paliwowy. Na stacji benzynowej, bo jest tu sprężarka. Znajdujemy mały paproch, coś na kształt kawałka teflonu w pompce paliwa. Wydawało się nam, że problem został rozwiązany, ale jak ruszamy dalej, okazuje się że to nie to, że dalej auto traci moc i się dusi. Na szczęście Krzysiek zauważył, że to rura, która podaje powietrze do silnika się dziwnie kurczy i zatyka dopływ powietrza. Próbujemy udrożnić cały układ, najpierw wyciągamy i czyścimy od powietrza, potem po kolei każdą rurkę. Wreszcie okazało się, że to kolanko zaraz za turbiną jest zatkane, a właściwie rozwarstwione wewnątrz i nie przepuszcza dalej powietrza. Krzysiek, w zapadających ciemnościach wycina to, co w środku napuchło, skręca całość drutem i próbujemy jechać, ale finalnie podejmujemy decyzję, żeby zostać w małym pueblo ….. na noc. Jest ciemno nie ma co dalej jechać i ryzykować.

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że to prawdziwa przyczyna naszych kłopotów i sytuacja po kilku godzinach walki została opanowana.
——————————-







