Dzień pełen przygód i wrażeń. Zaraz po obfitym śniadaniu, jajecznica , świeżutko upieczony chleb i pyszne przypieczone bekony.. do tego wcześniej owoce i oczywiście poranna kawa. O 10.00 ruszyliśmy z Barbarą i Carlosem do Minca, odwiedzić Mirka. Mirek już od jakiegoś czasu „rezyduje” w Mince. Ma tam dom, ale na ten moment trudno do niego dotrzeć. Jest droga, ale w remoncie, nie wiecej niż 1800 m, ale połowa tej drogi to betonowe wzmocnienia do budowanej właśnie drogi, a pozostała połowa to błoto. Nie ma wyjścia, trzeba po błocie ruszyć w górę wzgórz Sierra Nevada de Santa Marta.





Po około 20 minutach docieramy na miejsce. Casa Luna, to wspaniałe miejsce, zupełnie nietypowe, trochę europejska chata, cała z drewna i kamieni, z elementami nowoczesnosci. Robi bardzo dobre wrażenie. Całość na zboczu, okalają gęste lasy Sierra Nevada.

Podziwiamy dom, w dolnej części, niezamieszkanej, zagnieździł się mały skorpionik.

Jemy obiad. Mirek zrobił coś na kształt kapuśniaku, bo sam ukisił kapustę. Całkiem dobre. Naprawdę dobre. Rozmawiamy, miło mija czas. Po paru godzinach dołącza do nas Lina, partnerka Mirka. Zaprasza kobiety, czyli mnie i Barbarę, żebyśmy zobaczyli rzekę , która z łoskotem płynie w dole. Trzeba po zboczu zejść na dół. Jest mokro, bardzo, bardzo wilgotno. Specyficzny klimat. Ciepło i wilgotno. To jest właśnie Sierra Nevada.




Czas w Mince powoli dobiega końca. Jedziemy do Rodadero, jemy w małej knajpce kolację i wracamy do domu. Wykończeni. W sumie nie wiadomo czym. Może emocji dużo..

Dzień siedemset sześćdziesiąty trzeci – 25.10.2020
——————————-



