365 dzień wyprawy
Dokładnie w trzysta sześćdziesiątym piątym dniu wyprawy, czyli kiedy mija rok, odkąd wyruszyliśmy w naszą wyprawę po Ameryce Północnej, chcieliśmy sprzedać Defendera. Stwierdziliśmy że już czas dać mu nowe życie z nowym właścicielem. Niestety. Dziś rano umówieni byliśmy naszym kupcem, że dojedzie, ale już po siódmej zaczęły się schody, napisał nam że jednak potrzebuje fakturę, że pewnie nie uda mu sie tego zarejestrować, że będą duże problemy z rejestracją w Meksyku dla niego. I tak dalej i tak dalej… Pomyśleć, że gdyby wczoraj przyjechał wcześniej i przelew by został zrealizowany, bylibyśmy już bez samochodu. Z nowym rozdziałem w podróży…
Morał z tej historii jest taki, że nie ma co się przyzwyczajać do jakiś dat, do ich symboliki. Nie ma co przypisywać znaczeń liczbom, cyfrom, datom. Po prostu. Zycie musi biec do przodu, musimy szukać nowego kupca, a lekcja dla nas jest taka, że nie ma się o ekscytować. Nie ten, to będzie następny kupiec. Jakoś to sie w końcu musi udać. Nie może być przecież tak, że się nie uda sprzedać auta w Ameryce Północnej. A już jeśli się nie uda, to taki znak, że jesteśmy do niego przypisani i musimy nim jeździć.
Tymczasem dzień jak co dzień. Rano na budowę, potem do biura, podpisywanie kontraktu z gościem co ma robić szafki do łazienek, potem robienie obiadu, pranie, gruntowne mycie.
Iwona chora. Na chorobę zażyczyła sobie grzane wino. Przywiozła całkiem fajną butelkę Malbec z domieszką Merlot, Casa Magoni. Bardzo dobre, ale niektórzy profanują, grzeją, dodają cukier, goździki i cynamon. Te dwa ostatnie to jeszcze… ale cukier??? Normalnie to miód. Ale cóż… nie wszyscy lubią.
27.02.2024
————————————–



