1047 dzień wyprawy
Teoretycznie kończy się nasza podróż. Ale nie wszystko idzie tak łatwo, tak prosto. Co ja mówię… nieprawda, po prostu dziś był straszny dzień, koszmarny, okropny. Wszystko co mogło pójść nie tak to poszło. Nie, no dobra, na koniec dnia wjechaliśmy do Meksyku, ale po wielu, wielu przebojach…
Ale od początku… Wstaliśmy rano, spakowaliśmy się. Złożylismy wszystko. Juz mieliśmy wyjeżdżać, ale niestety było w nocy bardzo zimno i to powoduje że noga jedna nie złożyła się tak jak powinna. To znaczy złożyła się, ale piszczał czujnik w kabinie i świeciła się kontrolka na czerwono. Czujnik piszczy przez minutę ,potem 5 minut przerwy i zaczyna znowu. Upierdliwe, denerwujące. Martwiące. Najprawdopodobniej przy niskich bardzo temperaturach, a było około 2 stopni Celsjusza, tak właśnie jakos się dzieje, jest tam jakis niewielki mikrowyciek… i czujnik szaleje, bo noga sie podnosi do góry całkowicie i nie ma problemu… ALe irytacja pełna.
Dojechaliśmy do Tecate do granicy Posterunek Meksykański jest tylko . Celnik wszedł do środka i mówi, że chce dokumenty wozu i przyczepki. No cóż. Nie ma rejestracji przyczepki. W kaliforni nie trzeba rejestrować małych Dolly przyczzepek. No to celnik mówi, że przyczepka nie może wjechać i /lub my nie możemy z przyczepką wjechać. Co robić??? Konsternacja
Celnik mówi, zawracajcie do stanów. Nowe doświadczenie dla nas… jaka jest procedura? Otóż patrulla, czyli auto z pogranicznikami w środku pilotuje nas do wjazdu do stanów, taki jakby jeden kwartał ulic musielismy zrobić.. przy granicy celnicy meksykańscy odstawili plastikowe barierki i wepchęli nas w kolejkę z powrotem do Stanów. Przed nami 2 auta. Przynajmniej tyle dobrze. Ale co z tego. Czekała nas rozmowa z celnikiem amerykańskim. Dzięki bogu jeszcze do 12 mamy wizę.
Poszło wyjątkowo łatwo i przyjemnie Tłumaczymy że musimy jechać do San Diego, zrobić coś z przyczepką. Celnik posprawdzał paszporty, kiwnął głową i pojechaliśmy.

po około 20 minutach przejeżdaliśmy przez dodatkowy posterunek graniczny. Znamy już takie posterunki. Przejeżdżaliśmy przez nie wielokrotnie , pół roku temu ten sam posterunek przejeżdżaliśmy, podobne są w Teksasie przy Big Bend, w Arizonie czy Nowym Meksyku. Wszędzie tam, gdzie blisko granicy z Meksykiem.
Nie zdziwiło nas zatem zatrzymanie, nie zdziwiło nas „odstawienie na bok”. Naet nas nie zdziwiło że chcieli wejść do środka, ale weszi z psem, potem pies obwąchał całe auto i podobno zaalarmował ich, choć nie wiem jak. Niewidzialnie. W sensie nie szczekał a ni nic takiego. Rozpoczęło się dokładniejsze przeszukane auta, sczególnie skrzyń bocznych. Wyciągali z dwóch skrzyń prawie wszystko, a tam akurat Krzyśka narzędzia, różne śrubokręty, klucze i inne… Pełen majdan. Ale finalnie nic nie znaleźli, choć już miałam czarne myśli, że na kempingu nam ktoś coś podłozył, co byłoby głupie oczywiście. Bo kto coś „szmugluje” do Meksyku, w sensie prochów oczywiście.
Dobra, finalnie dojechaliśmy do San Diego. PRzyjechał Andrzej, miał przewieźć przyczepkę przez granicę z jeepem na Tijuanę. Oczywiście się nie udało, cofnęli go Meksykanie, wrócił, pojechał do DMF zarejestrować przyczepkę. Nawet mu sie udało, ale jechał przez granicę, zatrzymali go i sprawdzili dokumenty, ale nie mogli na przyczepce znaleźć VINu. i zaś problem. Cofnęli go.. Tudno trzyba było zostawić przyczepkę w USA, gdzieś na parkingu. oczywiście przy granicy zero rozsądnego parkingu, by zostawić sama przyczepkę. To nie samochód że zamkniesz i pójdziesz. PRzyczepkę każdy może sobie podczepić i odjechać. Co robić????

Ale to Andrzej… My najpierw staliśmy na parkingu przy Walmart oodaliśmy Andrzejowi przyczepkę, niepewni co teraz. Czy czekac aż przejedzie i w razie czego ogarniać się dalej. Czy wracać na tecatę samym Luisem (około godzinę drogi po górach…) czy jednak jechać na Tijuanę i San isidro. Czy czekaś, jak Andrzej nie przejedzie granicy to zabrać przyczepkę i jechac na camping ,a jutro od rana pomyśleć co robić. Bo robiło sie coraz później, dzień krótki. Krzysztof za zadne skarby nie chciał jechac na San Isidro. Sa tam ogromne tłumy aut, a gdzie tu z takim wielkim Luisem. Rv… Gdyby nie to że byliśmy tam przeciez na tej granicy w styczniu, jak kupiiśmy tego kampera, to pewnie jechalibyśmy z powrotem na Tecate, mniejsze granica i trochę łatwiej. Ale nie, byliśmy raptem 10 minut od granicy San Isidro, zatem dobra. Jedziemy Zatrzymali nas oczywiście do kontroli, przeszukanie auta w środku, potem skannowanie. na skanerze. POtem już poszliśmy robić dokument FMM czyli pozwolenie emigracyjne na wjazd do Meksyku. A celnik upierał się, że musimy jeszcze miec dokument na auto. Pozwolenie (kolejne USD….) ale w końcu jakoś powiedzieliśmy mu , ze ani w Bancjercito nikt tego nie wymaga na Baja California. Celnik pojrzał i mówi, a ubezpiecenie macie/ Dzięki bogu mieliśmy. Drogo nas kosztowało, ale mieliśmy. no to jeszcze wyskoczył, że chce prawo jazdy zobaczyć. Jezu.. na szczęście zwykłe polskie mu wystarczyło. Tu nikt tego polskiego zwanego międzynarodowym, które się specjalnie wyrabia (my takie mieliśmy na motocykle i potem na pierwszą wyprawę Defenderem) nie jest potrzebne i nawet jest nieznane i nierespektowane i niewymagane.

Z wielkim trudnem, w korkach, w ciemnej nocy, przebrnęliśmy przez korki w Tijuanie przy murze granicznym. Zawsze w Meksyku jest problem z niewidocznymi w nocy pieszymi, rowerzystami bez świateł (!)
My przyjechaliśmy po 21 a andrzej przed 23. W końcu zostawił przyczepkęna parkingu w hotelu Daysinn. Jakoś uprosił tam panią, by mu na parkingu, w rogu pozwoliła postawić. Dobry jest 🙂 zadaniowiec…
Jutro walki dzień następny…
09.01.2026



