124 dzień wyprawy
Rano oczywiście pełne słońce, ae wiatr o wiele większy. Przestawiamy się do cienia O wyjściu na zewnątrz prawie nie morze być mowy, bo roje komarów są takie, że bez siatki na głowie to po prostu nie ma sensu chodzić…
Nawet śniadanie robimy w samochodzie. Na tym końcu świata w sklepie wszystko jest dwa razy drożej niż gdzie kol wiek indziej. Niektóre rzezy trzy razy drożej, na przykład czereśnie zamiast po 2,97 za librę, są po 12 CAD. Także nie kupujemy nic póki co.. Niestety ta długa droga szutrowa, prawie 900 km, spowodowała, ze zapasy nam się kurczą i przeszliśmy już bardzo na puszkowe i suche jedzenie… Dziś na śniadanie otworzyliśmy tortillę i zapiekliśmy z serem (bo był…)


Chwilę jeszcze gadamy z dziewczynami, czekając na 13 na rozpoczęcie pikniku z okazji Dnia Kanady. Niestety okazuje się, ze dziewczyny złapały kapcia. Krzysiek dopompowuje im do opony powietrze naszą sprężarką ( jak to dobrze, że ją kupiliśmy ) po czym szukamy w tej maej osadzie wulkanizacji.. Szybko namierzamy ją, ale specjlista od naprawy opon jest akurat Inuvik.

No dobra, to czekamy. W międzyczasie Krzysiek odkrywa, ze jednak nasza sprężarka uległa awarii i naprawia przełącznik. Trochę to trwa. Ja trochę pomagam, potem robię zupę z soczewicy, bo zostało nam pół cebuli i marchewka.. No i jest soczewica, bo to podstawa.
Idziemy na festyn. Jet niewielka scena, ławki, ale co ważniejsze są stoły, lady i grille. Przyrządzają tam lokalni wspaniałe hamburgery, jest ciasto, jest herbata i lokalny przysmak mięso z wieloryba.

Jemy, próbujemy, oglądamy występy lokalnej społeczności. Jest całkiem miło i sympatycznie. We mnie wywołują te występy jakąś nostalgię, jakieś wzruszenie, jakieś dziwne, niesprecyzowane refleksje, o tym że warto dbać o swoje korzenie, o swoje tradycje, warto pielęgnować swoją kulturę. Tworzy to taką więź między ludźmi, ale też taką przynależność do grupy, człowiek jakby znajduje swoje miejsce. Jest taim wpasowanym do mozaiki elementem.
PO jakimś czasie wracamy do wulkanizacji, dziewczyny ogarniają temat z kolesiem który już wrócił z Inuvik, a my właśnie tam kierujemy swoje kroki.
Żegnamy z sentymentem Tuktoyaktuk. Teraz przed nami 147 km do następnego miasteczka, po głębokim szutrze, drodze która przypomina tarkę, kamienie jak jajka.. no nie jest łatwo. Na razie jedziemy do Inuvik, a potem zobaczymy. Jest już prawie 19.00 ale tutaj o tej porze roku dzień nie kończy się … po prostu się nie kończy
01.07.2023



