364 dzień wyprawy
Napisałam dziś do kupca z samego rana. To znaczy po porannej kawie. Niestety, Andrzej mnie tak rozpuścił, że żadna kawa mi już nie smakuje. Odliczam dni, kiedy wrócę do Mar y Sol. W każdym razie po kawie napisałam, że zdecydowaliśmy się, i czy naszemu Jose Arturo pasuje taka a taka kwota.
Na co on długo nie odpisywał w końcu napisał, wobec tego przystąpiliśmy do negocjacji na Whatsapp. Kiedy już ustaliliśmy kwotę, przyjechał tutaj z Tijuany, gdzie zatrzymał się na noc i zaczęliśmy ogarniać sprzedaż. Napisaliśmy umowę, ustaliliśmy z Iwoną, że na jej konto przelejemy kasę. Po czym po kilku próbach okazało się, że jednak przelew na taką dosyć sporą kwotę nie przechodzi bo jest już tak późno (po 14.00) a bank w Mexico City, który Jose Arturo ma, działa tylko do 16.00. Po tej godzinie już takie duże przelewy nie wychodzą. Dziwne, ale może tak być.

Umówiliśmy się na jutro na 10.00. Mam nadzieję, mamy nadzieję, że jutro wszystko dojedzie do skutku. Oby. Liczymy na to bardzo.
Żeby było śmieszniej, to rano jeszcze odkryliśmy, że oderwał się tłumik i musieliśmy natychmiast jechać do tłumikarza i spawać, naprawiać… Dobrze że znamy już dobrze Rosarito i okolice.


Potem przez prawie 2 godziny walczyliśmy, żeby wypakować wszystkie nasze rzeczy z auta, trochę ciuchów, garnki, talerze, kubki, jedzenie, trochę pościeli, jakieś graty, części zapasowe, kuchenkę, lodówkę i przetwornicę napięcia 220V. Różne takie inne rzeczy. W każdym razie zgromadziliśmy cały nasz dobytek na jednej powierzchni w domu Magdy. Szok jak mamy niewiele rzeczy.
Poprosiliśmy Magdę , by dała nam kontakt do Jorge. Zaprosiliśmy go wieczorem i rozwialiśmy ewentualne wątpliwości. On jest taki exagerar, czyli trochę przesadza, ale faktycznie, potwierdził nam i doradził co zrobić. Nic ponadto czego byśmy nie wiedzieli, ale dobrze to wszystko uściślić
26.02.2024
—————————————-



