Dzień sto siedemnasty 18.01.2019
Rano wstaliśmy skoro świt, o ósmej rano. Zwykle śniadanie jemy trochę później, rano się tylko ogarniamy i jedziemy dalej. Podjeżdżamy kilkadziesiąt kilometrów i napotykamy wodospad El Condor. Postanawiamy zjeść tam śniadanie. To niezwykle urokliwe miejsce. Można ścieżką podejść pod sam wodospad, a jak zobaczymy później na filmie z drona, wodospad ciągnie się wysoko, wysoko, a tak naprawdę to na górze jest spory lodowiec.
Ruszamy dalej, z drogi nr 7 skręcamy na zachód do Puerto Cisnes. Miasteczko bardzo nam się podoba, cicho, nad samym kanałem Puyuhapi. Na wodzie kołyszą się łodzie, ale ceviche to nie możemy kupić…
Spotykamy na nabrzeżu parę amerykańskich turystów z campera. Mówią nam, ze jest strajk lub jakiś protest w Villa Manihuales i droga jest blokowana, nie można przejechać. Mimo wszystko decydujemy, ze pojedziemy dalej, bo albo będziemy czekać, aż drogę odblokują, albo przejedziemy jakoś inną drogą… Zatrzymujemy się w La Ensenada, jemy empanadas z serem, pieczone na gorącym tłuszczu (przynajmniej są ciepłe..) i jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Villa Manihuales i spotykamy Ankę motocyklistkę. Chwilę rozmawiamy, na szczęście blokada się skończyła, na asfalcie widać tylko czarne ślady, jakby palonych opon. Dojeżdżamy do Puerto Aysen i jesteśmy bardzo zdegustowani tym miastem. Nie bardzo jest gdzie stanąć, do morza jakoś daleko. Pełno turystów. Robimy zakupy w supermarkecie i jedziemy dalej. 20 km przed Coyhaique zatrzymujemy się na nocleg. Przydrożna polanka, nieco zarośnięta, widać że to zjazd do jakiego domostwa. Dwa duże psy, ale przyjazne. Korzystamy z aplikacji IOverlander, także nie ma dużo problemów ze znalezieniem noclegów na dziko. Zwłaszcza w Patagonii.





