Dziś dzień prania i pobieżnego zwiedzania Mendozy. Najpierw rano zjedliśmy śniadanie. Nasze śniadanie nie są zbyt urozmaicone. Albo płatki kukurydziane z mlekiem, albo ryż na mleku, albo jajecznica. To tyle co nam do głowy przychodzi w warunkach kampingowych. Dziś kolej na jajecznicę z cebulką,rozkoszujemy się więc śniadaniem i po wcześniejszym upraniu kurtki motocyklowej ruszamy do miasta.
Jedziemy jakieś 7 kilometrów do centrum. Po drodze mijamy kilka naprawdę pięknych ulic, ze stylowymi, pięknymi domami.W centralnym punkcie miasta znajduje się plac niepodległości (Plaza Indepenencia), z pięknymi fontannami. Wcześniej przejeżdżamy przez charakterystyczną dla tego miasta bramę, zlokalizowaną w centrum.

Wielka, trójwjazdowa brama jest żeliwna, ozdobiona postaciami kondora i tarczą Mendozy. Istnieje od początku XX wieku, ufundowana przez władze miejskie Mendozy. Brama prowadzi do Parku San Martin, który ma dużą powierzchnię (przeszło 300 hektarów), a sztuczne jezioro, które się znajduje w parku, jest symbolem swoistego triumfu człowieka nad pustynią. Wszędzie tutaj bowiem to pustynia, przynajmniej geograficznie, ale ustawiczne pompowanie wody, nawadnianie, sadzenie drzew, powoduje to, że są tu enklawy zieleni.

Nieśpiesznie spacerujemy głównymi ulicami, przyglądając się ludziom, wystawom sklepowym, samochodom i budynkom.
Ku naszemu zdumieniu na jednej z ulic słyszymy: ”hola, amigos”. To nasi znajomi motocykliści z Kanady. Okazuje się nie po raz pierwszy, że świat jest mały… a Turyści, zwłaszcza motocyklowi, zawsze się odnajdą w tłumie. Rozmawiamy chwilkę o naszych dalszych planach i ciekawych miejscach do zobaczenia w okolicy.
Po południu robimy kilka podejść do znalezienia koziołka. Chivo bardzo nam zasmakowało i chcielibyśmy dziś też upiec sobie jakąś małą nóżkę tego zwierzęcia. Niestety, nie jest dostępny. Odwiedzamy kilka sklepów mięsnych, ale i tak na końcu trafiamy do marketu, w której kupujemy po prostu wołowinę i kurczaka.

Kupiliśmy też orzechy brazylijskie i zachwycamy się ich smakiem.




