Dziś wielki dzień . Jedziemy do głównego punktu naszej wyprawy. Jednego z kilku, ale na pewno do najważniejszego. Wodospady Iguazu. Ósmy cud świata.
Wstaliśmy rano, dostaliśmy śniadanie u Mabel i poszliśmy w stronę przystanku autobusowego. Przy nim mieścił się też postój taksówek i podszedł do nas jeden z nich. Ustaliliśmy cenę i nie czekaliśmy już na autobus. Podjechaliśmy pod bramę parku Iguazu. Z miasteczka to trochę ponad 15 km. Nie chcieliśmy jechać motorami, żeby nie chodzić po parku w motocyklowych ciuchach. Dużo kilometrów do łażenia, więc byłoby nam niezbyt wygodnie.
ciężkim sercem zapłaciliśmy za najdroższy bilet wstępu. Zobaczyć wodospady może każdy (dzięki Bogu), ale za różną cenę. Na przykład – zagraniczni turyści za 215 peso, Argentyńczycy za 65peso , a mieszkańcy prowincji Misiones za 30 peso. Jawny przykład dyskryminacji, w Europie nie do zaakceptowania. Nie ma jednak wyjścia. Kupujemy i wchodzimy na teren parku. Musicie wiedzieć, że wychodząc czuliśmy, że wodospady są warte każdej ceny, żeby tylko je zobaczyć. W takich chwilach czujemy, że nie liczy się nic co materialne. Możesz kupić sobie wiele rzeczy materialnych, ale zawsze mogą się zepsuć, zniszczyć, ktoś może ukraść. A tego co zobaczyliśmy, nikt nam już nie odbierze. Zawsze będzie z nami wspomnienie niesamowitej potęgi natury w Iguazu.
Ale po kolei. Najpierw przeszliśmy do stacji kolejki wąskotorowej, którą przejechaliśmy na najbardziej odległy kraniec parku, po stronie argentyńskiej, do największego na świecie wodospadu – Garganta del Diablo. Przechodzimy po metalowym pomoście zbudowanym na wartkiej rzece (Rio Iguazu Superior). Jakieś 1100 metrów przechodzimy do punktu widokowego. Już z oddali słyszymy hałas spadającej wody. Po 500 metrach widzimy ogromne kłęby skroplonej w powietrzu wody. To rozbryzgujące się krople, kropelki wody, które unoszą się w powietrzu tworząc jakby parę wodną, ale tak naprawdę są to miliardy odprysków wodnych z ogromnej ilości wody, która z wielkim hukiem spada na dół. Po chwili jesteśmy mokrzy, bo w zależności od tego jak zawieje wiatr, kropelki tańczą na wietrze i osiadają wszędzie, i tak cały czas od nowa, kolejne kłębowisko drobinek wody otacza cię ze wszystkich stron. Napawamy się ty widokiem.
Wielkie, piękne, ogromne, niesamowite. Brakuje słów , żeby opisać, jakie to piękne i niezwykłe. Usatysfakcjonowani wracamy do stacji kolejki i zjeżdżamy trochę niżej, do stacji Cataratas. Tam przez system metalowych pomostów i przejść przerzuconych nad odnogami rzeki Rio Iguazu oglądamy kolejne wodospady, kolejno Salto Alvar Nunez, Salto Bossetti, Salto Chico, Saldo Dos Hermanas, Salto Adan y Eva, salto Berbabe Mendez, by na końcu pomostów, przy Salto Bossetti zobaczyć ogromne skupisko wodospadów, ogromny wodospad Salto Escondido, Salto San Martin i Salto Mbigua.
Są tak piękne, że brakuje nie tylko słów, myśli nie są w stanie tego ogarnąć. Nad wszystkimi unosi się mgiełka, z powodu rozbryzgującej się wody, a w wielu miejscach widać piękne tęcze.
Po parku biegają całe stada ostronosów (po hiszpańsku „coati”). Niestety, są dosyć rozpieszczone przez nierozsądnych ludzi i chcą żeby je karmić jakimkolwiek pożywieniem. Posuwają się nawet do drobnych kradzieży, jeśli nie pilnujesz swojej porcji jedzenia. W parku jest parę restauracyjek, gdzie można kupić coś do jedzenia, na zewnątrz stoją stoliki i krzesełka, a także zwykle czeka zgraja ostronosów by potowarzyszyć a przy okazji może coś uszczknąć dla siebie.
Mamy dużo szczęścia. Po wczorajszych opadach straciliśmy nadzieję na słońce. A tu i wczoraj i dzisiaj piękne słońce, trochę ponad 20 stopni, ani za ciepło, ani za zimno. Pamiętamy, że w Argentynie jest teraz przełom jesieni i zimy, nie mamy więc złudzeń, co do pogody..
Latem w tym rejonie gdzie teraz jesteśmy, jest ponad 30 stopni Celsjusza i ogromna wilgotność powietrza. Powoduje to wysyp komarów i innych latających owadów. Niestety nie ma teraz motyli, z których ogromnych ilości słynie Iguazu, ale jeśli to ma przełożenie także na brak komarów, to jesteśmy w stanie to zaakceptować.
Po pięciu godzinach podziwiania, spacerowania, obserwacji, wracamy do miasteczka. Z parku można dojechać też autobusem. Niestety, cena jest w naszym przypadku prawie taka sama, jak taksówki. Ale kierowca miły, zatrzymuje się w dziwnych miejscach, zadziwia nas swoją nonszalancją, ale na szczęście dowozi nas do celu.
W naszym hostelu jest kuchnia, bierzemy zatem ją we władanie i po 15 minutach jemy pyszne spaghetti z sosem pomidorowym. Znowu jest pięknie, brzuszki pełne – można iść na miasto.
Po 19.00 rozpoczynamy wieczorny spacer po Puerto Iguazu. Ogromne ilości sklepów z pamiątkami, ceny europejskie, nawet bardzo europejskie… Znajdujemy lodziarnię, ale lody niestety nie powalają smakiem na kolana.








