Poranek obudził nas pięknym słońcem. Okazało się, że nawet zachodzące słońce opala. To nie Polska, kiedy o 16.00 można już prawie bezpiecznie siedzieć na słońcu. Wczorajsze wieczorne (czyli po 19.00) oglądanie Buenos Aires o zachodzie słońca okazało się zabójcze dla mojej skóry. Przez 30 dni rejsu chowam się od tej palącej gwiazdy, ukrywam się, kryję się w cieniu, unikam go, siedzę w kabinie lub mesie. Ale nie. Oczywiście musiało mnie dopaść (a raczej dopuściłam do drobnej osobistej niesubordynacji) i tragedia gotowa. Moja twarz czerwienią się mieni. Wieczorem jeszcze wydawało się, że jakoś to będzie. Dziś jednak z samego rana widzę, że nic z tego. Dalej jestem piękna, z tym że już na czerwono. Wiem, wiem. Trochę to zbrązowieje. Ale przez etap koralowy niestety trzeba przejść.

W każdy razie my witamy w końcu Zarate. Statek stoi w porcie, do którego wpłynął w nocy, prawdopodobnie około 3. Wczorajsze niedowierzanie, kiedy patrzeliśmy przez okno w kabinie na szerokość rzeki, w akompaniamencie rozszerzających się źrenic, zamieniało się w plątaninę zachwytu i przestrachu (przynajmniej u mnie, bo mój mąż to się niczego nie boi !). Płynęliśmy rzeką, naszym wielkim olbrzymim statkiem, który ma 214 metrów długości i 36 metrów szerokości (szerokość w tym wypadku istotniejsza), a z każdej strony mieliśmy szuwary, zielone tereny i widoczny kamienisty brzeg. Oczyma wyobraźni widziałam, jak niewielu centymetrów (z pewnością) brakuje do dna, ale nawigator (nawigatorzy?) i pilot naszego statku jakoś dali sobie radę i jesteśmy w Zarate. Jeszcze trzeba będzie stąd wypłynąć, ale to spokojnie, za 2, 3 dni.

Cały terminal Zarate wypełniony jest samochodami. Ruch jest ogromny, od rana trwa wyładowywanie naszego załadowanego statku. Na Grande Amburgo wchodzi ponad 3500 tysiąca samochodów !!!. Jest co rozładowywać.
Po śniadaniu na statku pojawił się gość. Z bliżej nieznanych nam powodów gość wszedł na pokład i jako tak zwany cinkciarz zadziałał na naszym statku. Pasażerowie skwapliwie skorzystali z jego usług, bo w Argentynie funkcjonuje czarny rynek dolarowy. To znaczy – bank płaci (na dziś) 6,2 peso za dolara, a na czarnym rynku płacą ponad 9 peso za dolara.

Zagadałam z cinkciarzem. Nie pytajcie skąd on się wziął na pokładzie, ale nie będę w to wnikać. Jest też taka możliwość, ze jest tu jako gość osobisty któregoś z członków załogi, ale jak wspominałam nie wiem i trudno mi w to wnikać. Mówi się że Argentyna to ekonomiczny Titanic. Zmierza ponownie ku wielkiej katastrofie.
Na razie jednak nie zajmujmy się ekonomią. Wymieniliśmy trochę dolarów i troszeczkę zaprzyjaźniliśmy się z cinkciarzem.
Argentyna to kraj emigrantów. Nie ma tu jako takiej rdzennej ludności. Prawie każdego tubylca – dziadkowie, pradziadkowie przybyli do Argentyny z Europy. W 90% każdy Argentyńczyk to swoisty emigrant. Pytam więc naszego doręczyciela waluty po dobrym kursie (dobry w tym przypadku znaczy najniższy akceptowalny), skąd przybyli jego przodkowie. Sam Miguel jest już nie pierwszej młodości, raczej czerstwy, tak bym to ujęła. Nie wiem czemu, ale nie byłam bardzo zdziwiona, kiedy powiedział mi, ze jego ojciec był Polakiem, to zapewne tłumaczy radość, z jaką poświęca się profesji „konika”. Jego matka była Urugwajką, więc siłą rzeczy Miguel nic poza „dziękuję”, nie mówi po polsku.
Do 12.00 czekaliśmy, aż tak zwany urząd emigracyjny pozwoli nam na zejście ze statku, nam, czyli pasażerom. Do miasta, pomimo, że jest widoczne ze statku, trzeba jednak dojechać taksówką, która nie jest droga.
Miasto Zarate podobno ma 400 tysięcy osób. Piszę „podobno”, ponieważ żadną miarą nie mogłam tego nawet w niewielkim stopniu odczuć o 13.00 w południe.
Ulice jak wymarłe, wszystko pozamykane, gdzieniegdzie coś pootwierane, ale z rzadka. Czytamy napisy na drzwiach informujące o godzinach otwarcia (horario). No tak, otwierają od 9.00 do 13.00 i od 16.00 lub 17.00 do 21.00. Wygląda na to, że życie zamiera miedzy 13 a 16. I wierzcie mi – faktycznie tak jest. Ulice o tej porze wyglądają jak zamknięte miasteczko westernowe (przynajmniej tak mi się skojarzyło). Wszystko jak z filmu. Ale już około 15.30 wszystko zaczyna wracać do normy, z godziny na godzinę ulice się zapełniają, otwierają sklepy, robi się tłoczno, gwarno i zaczyna jeździć więcej samochodów. W miarę upływu czasu, a tym samym nieznacznego ochłodzenia się, w ulicznych knajpkach i restauracyjkach wystawiają stoliki na zewnątrz. Wystawiają, wystawiają i wystawiają. I końca nie widać. Około 20.00 zamykają część sklepów i restauracyjki, pomimo, że teoretycznie to już nie jest ich obszar, dostawiają i dostawiają stoliki i krzesła.
My zatrzymujemy się dwa razy w knajpce Nuevo George. To spokojny, klasyczny pub, w którym możesz zjeść i wypić. Najpierw po 13.00 raczymy się kawą i świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy, tworzymy stronę, piszemy maile i lajkujemy na Facebooku. Później spacer po mieście. Nas interesuje najbardziej ubezpieczenie na motocykle, czy jest potrzebne i jaka cena. Ważne są dla nas też ceny żywności i paliwa. Nie ma tragedii. Paliwo około 9 peso. Warzywa porównywalnie jak u nas. A wszystko piękne, świeże. Pomidory, papryki, bakłażany, cukinie. Jesteśmy zachwyceni. Do tego masa sklepów mięsnych. Wszędzie tylko carnerias (la carne – mięso). Damy radę. Z głodu nie zginiemy. Będziemy gotować warzywne gulasze. Musimy sobie tylko większy garnek kupić i będzie ok. Za drugim razem gdy już po 16.00 trafiamy do Nuevo George, rzucamy się skwapliwie na jedzenie. Hamburger był tak dobry, jak kiedyś w Toruniu, ten na którego zaprosiła mnie Emilka (całuję mocno).Długo nie trwało, kiedy widzimy już całą naszą grupę pasażerską. Dosiadają się wszyscy, łączymy stoliki i prawie do 21.00 siedzimy i gadamy.
Miasto jest pełne motocykli i skuterów. Widzimy wiele sklepów z motocyklami i częściami do nich. Wszystkie jednak małej pojemności – same 125 cc i 150 cc.
Całe mrowie starych aut. Przy niektórych aż się serce kraje – stare fiaty włoski, stare chevrolety, fordy, ładopodobne lub jakieś bliżej niezidentyfikowane wiekowe auta powodują dziwną nostalgię. Widzieliśmy nawet jednego Fiata 125p z początków jego produkcji.Dominuje niska, parterowa zabudowa. W wielu miejscach widać kolonialny styl architektury. Nie do końca wiadomo, czy to stare budynki, choć w większości pewnie tak. Zachwycają rosnące rośliny, dużo kwiatów, bugenvillie (albo inne, za mało się znam) i fascynujące fikusy beniaminy, rosną sobie tak po prostu, przy ulicy, rozrośnięte, bujne, intensywnie zielone, zdrowe liście (zaryzykowałabym stwierdzenie, że są dorodne).
Zaciekawiło nas, że śmietniki uliczne są na wysokości około 1,5 metra nad ziemią. Dedukujemy, że to po to, by służby sprzątające miały łatwiej. Ale wygląda to dla nas niecodziennie.
Jedną z centralnych części miasta stanowi plac z fontanną, gdzie są również popiersia znanych i cenionych Argentyńczyków (np. Evity Peron).
Próbujemy jeszcze argentyńskie lody (helados) po raz pierwszy. Dobre. Słodkie, zimne i mokre.
Zmęczeni wracamy na statek. Nie ma informacji, kiedy wypływamy. Może jutro, może pojutrze. Nie wiadomo kiedy wyładują wszystkie samochody i kiedy załadują następne. Podobno w Ameryce Południowej produkują pewne modele Mercedesa czy Citroena. To one najprawdopodobniej będą pakowane i transportowaną w drogę powrotną Grande Amburgo. Ale – to tylko spekulacje.
W każdym razie praca wre. Chief mate mówi, że zasuwają 24 godziny na dobę. Pewnie chwilę gdzieś drapną jakąś godzinę snu i znowu do pracy.
Faktycznie, wszyscy wyglądają na wykończonych, w biegu łapią pizzę z mesy, robią sobie szatańsko mocne esspreso i do pracy.
Pierwszy kontakt z językiem za mną. Ponad rok samodzielnej nauki. Hmm, jakby to powiedzieć.. Rozumiem, ale jak mówią wolno. Gorzej z mówieniem, kaleczę jak „ Kali mieć, Kali pokazać”
Pozatym gorąco! Gorąco okrutnie. Ale fantastycznie. Ludzie są niezwykle mili, uczynni i przyjacielscy. Póki co.







