315. Jak zostałem „słomianym wdowcem”…

315 dzień wyprawy

Takiej sytuacji jak obecnie nie mieliśmy od bardzo wielu lat. A właściwie w naszym związku nie było takiej zaplanowanej rozłąki. No chyba że kiedyś, ale to z przyczyn zawodowych. A teraz szykuje się nam rozłąka z największą odległością jaka będzie nas dzielić !. Nie wiem jak my to przeżyjemy… ;). Jakoś będzie trzeba. Przecież sami się na taki „układ” zdecydowaliśmy jakiś czas temu podejmując decyzję o zakupie jednego biletu do Polski.

Zatem nasz dzień zaczął się bardzo wcześnie rano. Kilka minut po 4 zadzwoniły budziki i zaczęliśmy się szykować. Ja do pozostania w Rosarito, a moja żona do podróży. Pierwszy etap, chyba najbardziej stresujący to był przejazd do Tijuany i piesze przejście granicy z USA. Całe szczęście mamy tak pomocnych przyjaciół Iwonkę i Andrzeja, którzy zawieźli moją żonę najpierw na granicę, potem Andrzej przeszedł z nią na drugą stronę „linią” do szybkiego przejścia. A potem już pojechali bezpośrednio do Los Angeles na lotnisko…

No a ja, zostałem na cały dzień sam z psem….

Na jakiś czas będę „słomianym wdowcem”…

08.01.2024

————————————–

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.