743. Cabo San Lucas

743 dzień wyprawy

Budzimy się rano w hotelu. Po pierwszej nocy ja rześka, idę na śniadanie. Krzysiek chory. Kaszle katar, musi leżeć. Trochę tylko się zwleka na śniadanie.

Potem oboje siedzimy na leżakach nad basenem. Ja się rozkoszuje, czytam dużo bo mam pożyczonego Kindla, jest całkiem sympatycznie. Ludzi w sumie niewiele, hotel jest fajny, całkiem przyjemny, bez zadęcia i bez meksykańskiego syfu. Jest czysto. Kąpie się w basenie, pogoda wymarzona. Ciepło ale nie za gorąco. Tymczasem Iwona melduje, że Rosarito i Tijuana całe w deszczu. Przygotowania do przyjazdu inwestorki w toku.

Po południu jedziemy coś zjeść. Wybieramy włoską knajpę. Jem pyszny makaron na bazylikowym Pesto z  owocami morza.

i tiramisu na deser…

Krzysiek wziął spageti bolognese. Biedak jest całkiem rozbity i nie może dojść do siebie. Wracamy po krótkiej przejażdżce ulicami Cabo San Lucas do Hotelu. Zjeżdżamy jeszcze do Soriany, bo jest obok. Małe zakupy i tyle

tu jesteśmy… tłumaczę Mamie…:)

11.03.2025

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.