O dzisiejszym dniu można by napisać wiele. Ale na pewno nie to, że jest to dzień spokojny i relaksujący… Ale po kolei. Wiadomo było że taka chwila nadejdzie, bo szykowaliśmy się do tego już od jakiegoś czasu. Zatem transport Defendera do Europy jest częścią naszego „tajnego” planu… Dziś przystąpiliśmy do jego realizacji…
Z samego rana po niewielkiej jajecznicy ruszamy do portu pod wskazany przez naszego agenta adres. Port jest spory, ale nie tak jak na przykład Rotterdam czy Hamburg. W miarę łatwo znajdujemy właściwą bramę i ochrona ustawi nas na parkingu gdzie czekamy na przyjazd agenta. Okazuje się być punktualny i po zorganizowaniu papierów wjazdowych finalnie zostaje na placu boju sam…

Agent czeka za bramą, a moja żona nie zostaje wpuszczona przez ochronę !. Ale to niestety było do przewidzenia i braliśmy taka ewentualność pod uwagę. Zatem ja walczę w porcie z całą procedurą nadania Defendera, a moja żona trzyma kciuki i wraca do mieszkania do pracy biurowej!

Na początek czeka mnie lekka rozgrzewka i w prawie 40 stopniowym upale wyciągam prawie wszystkie rzeczy wczoraj pieczołowicie zapakowane do auta na zewnątrz…
Przywieźli mi z obsługi portu ludzie 4 palety i na nie kazali wyciągać wszystkie graty…
Łatwo nie jest i trochę szkoda, bo wszystko jest ładnie i bezpiecznie zabezpieczone folią i spięte pasem. Ale krok po kroku powoli wyciągam wszystko i układam na paletach.

Po jakiejś godzinie przychodzi celnik ze sporym psem i zaczyna proces sprawdzania wszystkiego pod kontem narkotyków. Słyszałem różne „legendy”, że taki pies jest karmiony narkotykami i dlatego wszystko dokładnie obwąchuje. Jednak pomimo że wszędzie zaglądał nawet po kilka razy – nie znalazł nic 😉
Jakieś 30 minut później zjawia się kolejny funkcjonariusz portowy. Tym razem z zamiarem przeszukania dokładnego wszystkich szafek i schowków. Włazi do środka i grzebie w naszych ciuchach, prezentach, garnkach, i innych rzeczach. Dziurawi nawet paczkę kawy żeby zobaczyć czy czasem w niej czegoś nie przemycamy… Każe nawet odpalić silnik i przegazować żeby zobaczyć czy czegoś nie przemycamy w tłumiku…
Po całej kontroli zostaje na placu boju sam z cały rozrzuconym bajzlem i muszę ponownie wszystko zapakować do auta. A przypominam, że jest około 12 i słońce prawie w zenicie 😉 Z pomocą przychodzi mi obsługa portu i trochę niezdarnie ale jednak pomagają mi wcisnąć ponownie do samochodu największe skrzynie.

Nasz przygotowany kontener stoi już otwarty na placu. Odpalam Defendera i w asyście obsługi wjeżdżamy do środka tyłem. Tak jest lepiej dla późniejszego rozładunku w Polsce. Czterema pasami po każdej stronie samochód zostaje przypięty do podłogi kontenera. Jest szansa, ze dopłynie w całości i nie poobija się za bardzo po drodze.


Na sam koniec komisyjnie następuje zamknięcie drzwi do kontenera i zakładamy plomby celne. Wszyscy robią zdjęcia i wreszcie zostawiając nasz „DOM” w porcie wracam taksówka za 2000Peso ( 2 PLN) do mieszkania odpocząć i zdać relację mojej żonie…
Dzień siedemset siedemdziesiąty ósmy – 09.11.2020
——————–



