Urugwaj – sto dziewięćdziesiąty piąty dzień wyprawy

SONY DSC

Dziś dzień pełen wrażeń. Rano idziemy do sklepu, zrobić zakupy. Wczoraj zadeklarowaliśmy się, że zrobimy gulasz. Pikantny. W Urugwaju nikt nie je pikantnych potraw, ale Elena i Horacio mówią, że lubią. Niestety. Znaleźć pikantne przyprawy w sklepie, graniczy z cudem, lub z grubym portfelem. Znajdujemy bowiem pieprz Cayenne, ale jego cena zwala z nóg (150 gram za 7 dolarów – przegięcie). Kupujemy coś na kształt papryki i tyle, musi wystarczyć. Na szczęście wołowina po ugotowaniu jest miękka, więc można powiedzieć, że gulasz się udał, pomimo, że nie jest pikantny. Na deser Elena zaserwowała nam deser zwany Chaja. To rodzaj ciasta z biszkoptu, kremu i bezów.  Słodki jak diabli, ale całkiem dobry.

SONY DSC

Po południu jedziemy z Horacio do muzeum paleontologicznego w Mercedes, gdzie trochę oglądamy różnych ciekawych eksponatów.

Po drodze jedziemy też zobaczyć miejscowe wyścigi rowerzystów, a później tutejsze wyścigi chartów. Te aerodynamicznie zbudowane psy z dużą prędkością biegną za przynętą. Na mieście pełno samochodów z flagami narodowymi. To znak radości z wygranego niedawno meczu Urugwajczyków.

Wieczorem oglądamy mecz. USA zremisowało z Portugalią. Ronaldo niepocieszony.

Napisz do nas
Facebook
YouTube