Argentyna – pięćdziesiąty drugi dzień wyprawy

Mar de Plata

Mar de Plata

Wyjechaliśmy szczęśliwi i zadowoleni z Villa Gesell. Zjedliśmy pyszne śniadanie i ruszyliśmy, żegnani serdecznie przez Galę i Ryśka. Było to naprawdę fantastyczne spotkanie i bardzo dziękujemy za wszystko.

Jedziemy sobie, jedziemy, mijamy Mar de Plata. To super piękne i wielkie wypoczynisko, (kurort) dla całego Buenos Aires. Jest ogromne, oplażowane na całym wybrzeżu (jak ja kocham to moje słowotwórstwo) i naprawdę urocze miasto. Nie możemy się pohamować, robimy więc krótki postój, fotki i zachwycamy się tym miejsce. Jedziemy spokojnie dalej. Kolejne 200 km za nami, temperatura rośnie. Niestety, chcieliśmy się wyspać, wiec wystartowaliśmy dosyć późno, dodatkowo we wszystkich nadmorskich miejscowościach są duże kolejki na stacjach benzynowych. W ogóle mało stacji benzynowych w tym kraju, a że turystów pełno, bo sezon wakacyjny w pełni, to się tłoczą ludzie okrutnie.

SONY DSC

asado

W każdym razie jedziemy sobie spokojnie, słońce grzeje coraz mocniej, mijamy Miramar i jedziemy wybrzeżem w stronę Tres Arroyos. Tam mamy zaplanowany nocleg. W międzyczasie posilamy się pięknym stekiem.

jemy argentyńską wołowinę...

jemy argentyńską wołowinę…

I wszystko byłoby dobrze, bo nawet udało się nam dojechać. To znaczy prawie się nam udało. Najpierw był mały problem z wiatrem. Po prostu taki wielki wiatr, że prawie zwiewało nas z ulicy. Potem drugi problem, tym razem z moim motorem, bo już po 199 km zawołał, że chce rezerwę paliwa. Oznacza to, że zaczął palić przynajmniej 7,5 litra na 100 km. A to naprawdę przegięcie. Ale sobie pomyśleliśmy, że wiatr, że dużo bagażu, no trudno, może tak ma być. Zaczęliśmy się denerwować, bo do miasta było ponad 30 km, a  na domiar złego wysiadły komunikatory. Nie wytrzymały ponad 7 godzin wiatru i naszego gadania. W każdym razie w naszych uszach rozległ się ostrzegawczy sygnał o niskim poziomie baterii i w ciągu pół godziny przestaliśmy się słyszeć. Na całe szczęście się widzieliśmy. Na domiar złego na niebie zaczęły się zbierać ciemne chmury. Ale tak ciemne że aż granatowe. Nieśpiesznie zaciągnęło się całe niebo. I w tym momencie to się stało. Coś, czego się nie spodziewaliśmy, a co przecież było prawdopodobne. Krzyśka motor najpierw zaczął się krztusić, to znak, że potrzebuje paliwa. Dostał więc rezerwę, ale nie chciał już zapalić. Jakby mu ktoś odciął dopływ benzyny. Staliśmy zatem w szczerym polu, z jednym motocyklem który mógł przejechać około 20 km. Drugim który nie chciał zapalić i z chmurami nad głowami z pojawiającymi się z rzadka na horyzoncie błyskami nadchodzącej burzy. Nie muszę wspominać, że dookoła pola i parę drzew na krzyż. Dzięki Bogu,  zwykle człowiek ma więcej szczęścia niż rozumu, albo odwrotnie. W każdym razie znalazł się przemiły człowiek w półciężarówce, który korzystając z linki którą mieliśmy zaholował jeden motor na stację około 25 km, a drugi, mój jakoś dojechał. Pewnie na oparach paliwa.

droga do Tres Arroyes

droga do Tres Arroyes

Zatankowaliśmy oba motory do pełna i wtedy lunął deszcz. Ale nie, ze sobie tak lunął po prostu, tylko lunął tak, że aż się asfalt ugiął. Lało tak intensywnie przez pół godziny, motor pomimo, że pełny paliwa nie chciał w dalszym ciągu odpalić. Szybko zdiagnozowaliśmy to (jak ja lubię liczbę mnogą w takich przypadkach) na zanieczyszczenie przez brudne paliwo, świec, lub co gorsza gaźnika.

Próbowaliśmy coś robić na stacji, ale słabo to wyglądało. Iskra na świecach była, paliwa po zdjęciu przewodu zasilającego gaźnik też leciało. Wyglądało to na zatkany dolot paliwa w samym gaźniku. W tych warunkach, na stacji benzynowej więcej nie mogliśmy zrobić. Lał deszcz, co prawda byliśmy pod dachem, ale ulewa była tak wielka, ze woda rozbryzgiwała się na boki, wspomagana jeszcze przez wiatr, także dookoła wszystko było zamoczone, lub w najlepszym razie zawilgocone. Kilka aut przewinęło się przez stację, zatrzymał się też, żeby zatankować biały Hillux. Pasażerka z małą dziewczynką spojrzała na mnie i zapytała, czy potrzebujemy pomocy. Od słowa do słowa, zaprosiła nas do siebie do domu. Jej mąż wziął na hol jeden motor i tak dojechaliśmy do ich domu. Laura i jej mąż Walter, byli bardzo mili, zostawili nam swoją sypialnię do dyspozycji.

Zostaliśmy tam na noc. Pomimo, że próbowaliśmy rozkręcić motocykl, niewiele to dało, podjęliśmy zatem decyzję o odwiedzinach u mechanika następnego dnia rano.

Wieczór upłynął nam w towarzystwie córki (Berenis) i syna (Lukasa), a także wujka (Juana). Pan i pani domu pojechali do swojego letniskowego domku w Claromeco.  Zaprosili nas na asado w piątek, na następny dzień.

Wieczorem rozmawiamy długo z Berenice, Lukasem i Juanem o sytuacji w Polsce, w Argentynie, trochę o ekonomii.  Jemy pizzę i podjadamy ser. Jak się okazuje trafiliśmy do rodziny, która ma małą fabrykę sera. Noc spędzamy w sypialni, na grubym materacu, odpoczywamy. Szczęście, ze na świecie są dobrzy ludzie…

Napisz do nas
Facebook
YouTube