Argentyna – pięćdziesiąty ósmy dzień wyprawy

Patagonia

Patagonia

Ranek obudził nas wielkim wiatrem. Trząsł się cały namiot. Podmuchy nasypały piachu wszędzie, bo musicie wiedzieć, że w Patagonii jest w zasadzie tylko piach i trochę karłowatej roślinności. Są jakieś drzewka, ale też karłowate. Generalnie piach jest tak paskudny, że trudno wbić śledzie od namiotu. W każdym razie w ten paskudny wiatr złożyliśmy namiot, zjedliśmy jeszcze płatki kukurydziane z mlekiem i wyjechaliśmy. Założyliśmy sobie, że lajtowo pojedziemy do Trelew i Rawson i tam się rozbijemy. To tylko 60-70 km, więc na ten wiatr będzie w sam raz.  A wiatr był paskudny, z trudem dojechaliśmy do Tralew, a stamtąd do Rawson odległego o 14 km i już po kolejnych 10 kilometrach byliśmy w Playa Union, bo tam był najbliższy kamping. Udało nam się rozbić w wietrze namiot. Obok nas przeczekiwali wiatr rybacy (?). Tak, tak. Też byliśmy zdziwieni, ale tak było. Panowie rybacy czekali aż minie wiatr. To dobrze, bo oznacza to że nie jest tak wietrznie zawsze i jakąś szansę na poprawę pogody mamy. To znaczy pogoda jest piękna, nawet ciepło i świecie słońce, ale wiatr wieje obrzydliwy. Obok w namiocie przeczekiwał też wiatr inny motocyklista, który czekanie umilał sobie grą na fujarce.

W drodze do Punta Tombo

W drodze do Punta Tombo

Przynajmniej takie odgłosy dochodziły z namiotu (Fujarki nie widziałam). Na campingu złapaliśmy też Internet, co miało swoje dobre strony, bo w końcu dziś piąty luty i urodziny mamy.  Po południu krótki wypad do miasta. Trzy, może cztery ulice. Robimy zakupy i wracamy. Nic nam się nie chce gotować, więc idziemy po najmniejszej linii oporu i robimy jajecznicę. Poprawiany żółtym serem, który był dosyć drogi, ale za to bardzo dobry. Postanawiamy rano wcześnie wstać, by mieć duży zapas i nacieszyć się pingwinami w Punto Tombo.

Napisz do nas
Facebook
YouTube