Dzień czterdziesty siódmy – 09.11.2018
Schodzimy ze statku. Czas najwyższy. Po pięćdziesiątym trzecim dniu rejsu, rano wysiadamy. Zjadamy szybkie śniadanie, pożegnalne uściski z Markiem, Krzyśkiem, Sergeyem. Czas szybko leci. To był niezwykły rejs i na pewno na długo go zapamiętamy. O 10.00 jesteśmy już spakowani w samochodzie i wyjeżdżamy.
Przez pół godziny czekamy na agenta, a właściwie na agentkę Soccorro, która przyjeżdża z naszymi paszportami, już mamy pieczątki wjazdowe z Urugwaju, teraz jeszcze tylko skanowanie auta i już jedziemy do Urzędu Celnego, żeby wypisali nam pozwolenie na wjazd auta. Wszystko razem zajmuje około 3 godzin i już po 13 żegnamy się z Isabelle i Willim, oraz czule ściskamy się z Harrym.
Każdy marzy już tylko, żeby ruszyć w świat, bez bujania na statku. No, może trochę oprócz nas. My to byśmy jeszcze z miesiąc na statku spędzili. Cisza, spokój, basen, jedzenie na czas, całkiem dobre, nic nie robienie, odpoczynek, filmy, seriale, ćwiczenia. Żyć nie umierać.
No, ale tak naprawdę to teraz zaczyna się nasza wielka przygoda. Teraz dopiero możemy spokojnie powiedzieć: Witaj Ameryko Południowa.
Wyjeżdżamy z portu po wszystkich formalnościach. ostatnie uściski z Harrym, który zostaje w Montevideo. Wykupił sobie intensywny kurs hiszpańskiego w Akademii Językowej, w pakiecie z noclegiem u urugwajskiej rodziny.
Jedziemy najpierw zjeść małego steka, nawiązujemy kontakt z Martą z videobloga „Video z Montevideo”, po czym o 14.30 spotykamy się w uroczej kawiarni, z nienormalnie pyszną kawą, na starym mieście, w miejscu gdzie kiedyś była apteka.
Zachowało się mnóstwo mebli i wyposażenia aptekarskiego, także miejsce tchnie atmosferą starych dobrych czasów, a jednocześnie zapach kawy jest tak zniewalający, że aż się wierzyć nie chce.
Dzwonimy jeszcze do agentki Soccorro. Mówi, że statek wypływa miedzy czwartą a piątą. Jedziemy zobaczyć czy to prawda, ale skąd. O 16.00 rampa (personalna odpowiedzialność pierwszego oficera) jest ciągle podniesiona, także na pewno tak szybko nie wyjadą. Decydujemy po spotkaniu z Martą i jej rekomendacji, że pojedziemy na północ wybrzeżem. Tak się kończy brak planu.
W sumie przejechaliśmy z Montevideo 94 km
Niestety, nie pomachaliśmy Markowi jak wypływał. A tak chcieliśmy. Cóż do spotkania w Polsce..







