Dzień siedemdziesiąty pierwszy 03.12.2018
Rano pojechaliśmy do szpitala na zdjęcie szwów. Znaleźliśmy (przypadkiem) chirurga. Młody , przystojny. Co najważniejsze wydawał sie kompetentny. Zdjął szwy, zobaczył, że rana się nieznacznie jakość tak babrze (czytaj, nie goi tak jak trzeba) zaordynował więc kolejny antybiotyk i zastrzyk przeciw tężcowi.
Wszystko razem jakoś mnie dużo kosztowało nerwów, co łącznie z silnym PMS-em spowodowało rozstrój nerwowy i pół dnia spędziłam na balkonie czytając książkę i rozmyślając.
Wieczorem odwiedziła nas Sonia. Ją i jej męża poznaliśmy w Posadas, gdzie mają bardzo przyjemny apartament, położony w jednym z wysokich budynków w tym mieście. Rozpościera się z ich mieszkania przyjemny widok na miasto, rzekę Paranę i częściowo na drugi brzeg Paragwaju .Mąż Soni – Stany (taki skrót od Stanisław) jest potomkiem Polaków. Jego dziadkowie przyjechali tu jakieś 80 lat temu. Jego ojciec urodził się już w Argentynie. Sonia i Stany mieszkają w San Pedro, tu mają piękny dom (jeszcze w nim nie byliśmy), tuż przy domu wielki sklep z artykułami budowlanymi, a w Posadas mają piekarnie.
W zeszłym roku odwiedzili Polskę, razem z którymś z tutejszych Polaków Redemptorystów, a w kolejnym roku planują podróż po Europie. Krótką.
Sonia zarekomendowała nam wycieczkę jednodniową do Brazylii, więc się przymierzamy do tego…



