Dzień dwieście trzydziesty 11.05.2019
Ta noc była chyba najgorsza od początku całego wyjazdu. Prawie co godzinę budziłem się nie mogąc złapać oddechu. Wszystko przez gigantyczny katar i ból gardła. Nad ranem postanawiam, że idziemy jednak do lekarza wskazanego nam przez ubezpieczyciela w Polsce. Łapiemy taksówkę i po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu Budynek z zewnątrz nie wygląda zbyt zachęcająco, jednak wewnątrz nie jest już tak źle. Sprawnie panie w recepcji pokazują nam kasę gdzie za 40 BOB (20PLN) dostajemy numerek do lekarza. Po 10 minutach oczekiwania wchodzę za parawan gdzie mierza mi ciśnienie, gorączkę i wypytują o objawy choroby. Decyzja lekarza jest szybka. Zastrzyk z pencyliny… i dodatkowe tabletki na następny tydzień. Co zrobić, trzeba być twardym… Wiesława idzie do apteki kupić wszystkie potrzebne rzeczy łącznie ze strzykawka i igłą… Zastrzyk boliwijskiej pielęgniarki jakoś przeżyłem… Zresztą w Argentynie 4 lata temu było podobnie. Czyżby rodziła się jakaś nowa tradycja podczas wypraw???
Wracamy do apartamentu Franka i staram się odpocząć i zregenerować siły. Anna wciąż przeważnie leży jeszcze słaba. Każdy zajmuje się swoimi sprawami w komputerach…




